Inne strony

Świat jest książką. Ci, którzy nie podróżują, czytają tylko jedna stronę. Św. Augustyn

Chiny

  • niedziela, 30 sierpnia 2015
    • Pustynia i góry, czyli co robić w zachodnim Xinjiangu

      Są takie nazwy, których brzmienie wywołuje we mnie dreszcz emocji. Samarkanda, Timbuktu, Karakorum - jako dziecko wyszukiwałam je na mapach, wyobrażając sobie niezwykłe i pełne przygód podróże. I choć były to czasy, w których trudno było przekroczyć jakąkolwiek granicę, nigdy nie wątpiłam, że kiedyś będę podróżować do tych właśnie, wymarzonych, egzotycznych miejsc. W końcu kto zabroni dziecku marzyć?

      Pustynia Takla Makan była jednym z tych miejsc. Czyż bowiem ta nazwa nie brzmi niesamowicie? Druga największa piaszczysta pustynia świata, której powierzchnia bliska jest powierzchni Polski, przez setki lat była postrachem wędrowców przemierzających Jedwabny Szlak. Piaszczyste wydmy pogrzebały zapewne tysiące karawan. Zajmuje ona cały środek prowincji Xinjiang, a otaczają ją rejony bynajmniej nie bardziej przyjazne dla wędrowców. Potężne łańcuchy górskie - Karakorum, Tien-szan i Kunlun, zamykają wszelkie szlaki od północy, zachodu i południa. Na wschodzie rozpościera się kolejna pustynia, czyli Gobi. Nawet dzisiaj podróż tędy nie jest łatwa, strach więc pomyśleć, z czym musieli się mierzyć choćby wiktoriańscy odkrywcy, szpiedzy biorący udział w Wielkiej Grze, czy też poszukiwacze przygód.

      Jechaliśmy do Xinjiangu na krótko, traktując ten wyjazd rekonesansowo. Chciałam zobaczyć, jak tam jest, czy warto pojechać tam na dłużej i jak się do takiego poważniejszego wyjazdu przygotować. Jednak nawet mając w planach tylko niedługi pobyt w okolicach Kaszgaru, nie mogłam darować sobie choćby krótkiego wypadu na pustynię Takla Makan - jestem pewna, że to rozumiecie.

      Powiem od razu, że naszą pustynną wycieczkę trudno uznać za specjalnie udaną. Na szczęście jednak pustynię zobaczyłam - dotknęłam piasku, a nawet przejechałam się na wielbłądzie. Trzeba przyznać, że mało brakowało, a by się to nie udało, i to bynajmniej nie dlatego, że okoliczności nie sprzyjały. Okazało się, że drugą największą piaszczystą pustynię świata może być trudno znaleźć...

      Postanowiliśmy bowiem nieco zaoszczędzić (zły pomysł, od razu wam go odradzam) i nie płacić strasznych kwot za porządnie zorganizowany, dwudniowy wypad. Podejrzewaliśmy, nauczeni dotychczasowymi doświadczeniami z chińskimi agencjami, że nawet pozornie niezła agencja nie sprosta naszym oczekiwaniom, a ceny takich wycieczek z Kaszgaru były naprawdę absurdalne. Oczywiście, można po prostu wynająć samochód z kierowcą i po prostu dać się na pustynię zawieźć, można też przejechać się autobusem po trasie przecinającej Takla Makan, Chińczycy dali bowiem radę taką zbudować! Niestety, nieopatrznie wspomniałam kiedyś Oli, że można też wybrać się na wycieczkę na wielbłądach, w związku z czym każda inna opcja spotykała się z ostrym sprzeciwem Młodej. No trudno, chcieliśmy tylko tę pustynię pomacać, ale niech będą wielbłądy...

      Bo zapoznaniu się z cenami w agencji turystycznej, spytaliśmy w naszym hostelu, czy nie byliby w stanie zorganizować takiej wycieczki nieco taniej. Byli. Zamówili nam kierowcę, który miał nas dowieźć na skraj pustyni, do ludzi, którzy mają wielbłądy i pozwolą nam się na nich przejechać. Bez problemu znaleźliśmy też w hostelu innych chętnych, dzięki czemu całość zrobiła się całkiem przyjemna cenowo. Kierowca przyjechał wcześnie rano i w dobrych nastrojach wyruszyliśmy w stronę dawnej oazy, czyli położonego na skraju pustyni miasta Yarkand.

      Na pustyni Takla Makan

      Towarzystwo było wesołe - mieszkająca na stałe w Szanghaju Brytyjka, rozpoczynająca dopiero ponad roczną podróż Austriaczka i jeżdżący po Chinach Szwajcar. Opowiadaliśmy sobie popularne w naszych krajach dowcipy i czas szybko mijał. Po mniej więcej trzech godzinach dotarliśmy do Yarkand, przekonani, że wkrótce zobaczymy ciągnące się po horyzont wydmy. Cóż, dobrze, że nie wiedzieliśmy wtedy, ile jeszcze czasu upłynie, zanim zobaczymy choć odrobinę piasku.

      Kierowca zaczął bowiem błądzić. Przejechał przez miasto, pokręcił się po bocznych dróżkach, zaczął pytać o drogę, a kiedy po raz kolejny przejechał przez tę samą rzekę, zdaliśmy sobie sprawę, że nie wie, dokąd jedziemy. Każdy zapytany przechodzień machał ręką w innym kierunku, a nasz kierowca słuchał wszystkich. Wszystkich! Czyli jeśli ktoś machnął w prawo, jechał w prawo, choć dwie minuty wcześniej inna osoba machała w lewo. Mapy nie miał nikt, a kierowca, jak się później przekonaliśmy, nie potrafił czytać chińskich znaków. Niestety, nie wszędzie były tablice po ujgursku, zresztą wkrótce wjechaliśmy w takie rejony, w których tablic nie było wcale.

      Minęła godzina, potem druga, a pustyni wciąż nie było widać. Obejrzałam z niedowierzaniem mapę - w okolicach Yarkand pustynia jest dosłownie wszędzie - nie trafić na nią wydawało się całkowitym absurdem! Po sześciu godzinach spędzonych w samochodzie zaczęło nam być wszystko jedno. Poczułam, że rozumiem podróżników, którym pustynia odbierała chęć do życia - mi się nic już nie chciało, a nawet jej jeszcze nie zobaczyłam!

      Wreszcie stał się cud. Kolejne osoby zaczęły machać w tym samym kierunku, drzewa rosnące po obu stronach drogi zaczęły być coraz bardziej zakurzone, aż nagle dotarliśmy do końca drogi. Przed nami wznosił się spory, pusty budynek, a za nim nie było już nic oprócz piasku!

      Wbrew zapewnieniom chłopaka z hostelu nikt tam na nas nie czekał (tak naprawdę to im się nie dziwię), a cenę przejażdżki musieliśmy ostro negocjować. Po tylu godzinach drogi nie zamierzaliśmy jednak odpuścić i po interwencyjnym telefonie do Kaszgaru udało się uzyskać cenę, jaką nam wcześniej obiecano. Panowie wprawdzie stwierdzili wtedy, że oni tym zwierzakom nie ufają i nie mają zamiaru trząść się na ich grzbietach, ale my, dziewczyny, nie odpuściłyśmy. Osiodłano nam cztery wielbłądy i wyruszyłyśmy prosto w piach.

      Wprawdzie okazało się, że obrzeża pustyni całkiem jałowe nie są, a na wydmach rośnie sporo krzaczków, ale jedno spojrzenie w stronę horyzontu wystarczało, by wyobraźnia zaczęła działać. W końcu tego piachu było tam więcej, niż jest z Gdańska do Zakopanego!

      Sama przejażdżka to nic specjalnego - najfajniejsze było schodzenie ze stromych wydm. Łukasz, który chodził w pobliżu pieszo, wypatrzył takie wtapiające się w tło jaszczurki.

      Żałowałam, że nie zdecydowaliśmy się pojechać do Hotanu, w okolicach którego pustynia wygląda bardziej imponująco. Tam też pogrzebane są ruiny miast, w których niegdyś zatrzymywali się strudzeni wędrowcy i z których zachodni archeolodzy wywieźli tysiące skrzyń pełnych skarbów. Cieszę się jednak, że udało nam się dotrzeć chociaż do tego skraju pustyni i spełnić jedno z dziecięcych marzeń.

      Shipton's Arch

      Góry otaczające Kaszgar skrywają w sobie zapewne wiele tajemnic. Niesamowite jest choćby to, że coś tak spektakularnego jak najwyższy łuk kamienny na świecie zostało odkryte niecałe siedemdziesiąt lat temu. W dodatku odkrycie to zostało niejako zapomniane, przynajmniej w świecie zachodnim, i dopiero w 2000 roku wyruszyła sponsorowana przez National Geographic ekspedycja, mająca na celu pierwsze wejść na łuk i niejako ponowne odkrycie go dla obcokrajowców. Jeszcze kilka lat temu nikt tam nie jeździł - szlak wytyczono podobno w zeszłym roku, w tym zaś zbudowano w kilku miejscach ułatwiające wędrówkę schody. Turystów jest wciąż niewielu, zarówno zagranicznych, jak i miejscowych. Jednak, jak to w Chinach, widać, że miejsce wkrótce zacznie być tłumnie odwiedzane - jest już zresztą przygotowany wielki parking i spory budynek, w którym sprzedawane są bilety wstępu na szlak. Na szczęście wszystko to świeci jeszcze pustkami.

      Samo miejsce zapiera dech w piersiach. Łuk nazwany na cześć odkrywcy, brytyjskiego wspinacza i podróżnika, Erica Shiptona, należy do takich miejsc, których po prostu nie da się dobrze sfotografować. Jak oddać majestat tego miejsca, świdrującą wręcz ciszę, niesamowitą pustkę i ciągnące się po horyzont góry? Jak zmieścić w kadrze łuk skalny, pod którym zmieściłby się nie tylko Pałac Kultury, ale także Empire State Buliding? Łuk wznosi się bowiem na mniej więcej 500 metrów, zaś "dziura" przez niego utworzona ma około 400 metrów wysokości.

      Wędruje się do niego mniej więcej przez godzinę. Trasa prowadzi wyschniętym korytem rzeki, a następnie zaczyna się wspinać między rudymi skałami, po kamiennych osuwiskach. Gdy dochodzi się do miejsca, z którego widać wreszcie łuk, można przeżyć rozczarowanie. Z oddali wydaje się on mało imponujący, a pogłoski o wysokości nieco przesadzone.

      Kiedy jednak podejdzie się całkiem blisko, łuk nagle się odsłania, a zaskoczonemu wędrowcowi zaczyna brakować tchu - nie tylko z powodu wspinaczki po kamieniach, ale przede wszystkim z wrażenia. Żaden kadr nie jest w stanie pomieścić całości, można więc schować bezużyteczny aparat, usiąść i wpatrywać się w ten cud natury. Powietrze drga, wokół latają żyjące w tym surowym otoczeniu kruki, słońce chowa się powoli za łukiem, czas się zatrzymuje.


      Nie dziwię się, że pierwsi odkrywcy nie mogli tu dotrzeć. Widzieli łuk z daleka, z odległości kilkunastu kilometrów, błądzili jednak wśród skał, natykając się na przeszkody nie do przebycia. Udało im się dopiero przy czwartej próbie, kiedy zrezygnowali z podejścia od południa i postanowili spróbować od północy. Chętnie przemierzyłabym choć kawałek tych gór piechotą, z namiotem, na razie jednak jest to bardzo trudne.

      Xinjiang kryje wiele takich klejnotów. Niepokoje na tle etnicznym sprawiają, że Chińczycy nie promują tego regionu, i może to nawet dobrze. To wciąż dzikie okolice, zamieszkane przez przyjaznych ludzi, pełne miejsc, do których turyści prawie nigdy nie docierają. Nam udało się go zaledwie dotknąć, poskrobać po powierzchni, a i tak jesteśmy zafascynowani. Wielobarwne góry, niektóre pokryte wiecznym śniegiem, inne zawsze gorące, miasta pogrzebane pod piaskiem pustyni, wysokogórskie łąki, rwące rzeki - tak wygląda Xinjiang. Mieszkają tu Ujgurzy, Kazachowie, Tadżykowie, Kirgizi i oczywiście Chińczycy. Mówią wieloma językami, jedzą niesamowicie różnorodne i smaczne jedzenie. Rosną tu najlepsze melony świata, a dzięki bujnie owocującej winorośli produkuje się tu słodkie wino. Warto było pokonać biurokratyczne przeszkody i przejechać przez wysokie przełęcze, by tu dotrzeć. Mam nadzieję, że tarcia polityczne oszczędzą ten region, a kultura ujgurska przetrwa. Że mimo budowy nowych dróg, przyroda pozostanie tu dzika i piękna. I mam nadzieję, że tam wkrótce wrócę!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Pustynia i góry, czyli co robić w zachodnim Xinjiangu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      padma
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 sierpnia 2015 23:28
  • niedziela, 23 sierpnia 2015
    • Powódź na Karakorum Highway

      Dlaczego właściwie wybraliśmy się do Chin, zamiast poświęcić cały miesiąc na góry Kirgizji? Pomijając moją wciąż się rozwijającą fascynację krajem Środka i jego językiem, przede wszystkim chcieliśmy zobaczyć jedno miejsce - Karakorum Highway, najwyżej położoną utwardzoną drogę na świecie. Przynajmniej tak się zazwyczaj mówi, bo z tym utwardzeniem to różnie bywa, jak się przekonaliśmy na własnej skórze.

      Karakorum Highway to droga legendarna, taka, o jakiej śniłam będąc nastolatką w PRLu. 1300 km szosy prowadzi przez tereny dzikie i piękne, w dodatku niezbyt stabilne politycznie. Trasa z chińskiego Kaszgaru do pakistańskiego Abbottabadu przebiega bowiem w bliskości wielu terenów spornych - pogranicza Indii, Chin, Pakistanu i Tadżykistanu. W jej bezpośrednim sąsiedztwie leży drugi najwyższy szczyt świata - K2. Niestety, nie da się go zobaczyć z szosy, choć podobno po pakistańskiej stronie widać z drogi Nanga Parbat. Jednak sama świadomość, że te potężne góry są tak blisko, działa na moją wyobraźnię - mam zresztą nadzieję, że kiedyś wybiorę się na trekking w ich stronę.

      Nasz cel był dość skromny. Chcieliśmy dojechać do jeziora Karakol, położonego niecałe 200 km od Kaszgaru, na wysokości 3600 m n.p.m. Jezioro otaczają trzy siedmiotysięczniki, pięknie się prezentujące w pogodny dzień. W jego sąsiedztwie stykają się trzy pasma górskie - Pamir, Tian Shan i Kunlun. Wprawdzie do Kaszgaru dochodziły wieści o kiepskiej pogodzie w górach, ale nie zamierzaliśmy się łatwo poddać. Do spółki z poznanym w Kaszgarze Winstonem z Nowego Jorku wynajęliśmy samochód z przezabawnym i gadatliwym kierowcą i postanowiliśmy dotrzeć do jeziora i spędzić nad nim chociaż jedną noc, choćby nawet lało i wiało.

      Można powiedzieć, że sami prosiliśmy się o kłopoty.

      Zaczęło się dobrze - dojechaliśmy do niewielkiej wioski Upal, zjedliśmy śniadanie -świeciło słońce, samochód i kierowca robili pozytywne wrażenie. Wprawdzie zadzwonił do nas chłopak z hostelu, żeby nas poinformować, że podobno droga jest w jednym miejscu zablokowana ze względu na wczorajsze opady deszczu, ale dodał, że roboty trwają, a policja twierdzi, że jest szansa na odblokowanie trasy w ciągu kilku godzin. Nie zmartwiliśmy się więc, kiedy istotnie dojechaliśmy do blokady. Panowała atmosfera piknikowa - stało tu już mnóstwo samochodów osobowych, ciężarówek, a nawet autobus z Kaszgaru do Taszkorgan. Trochę zaczęły nam miny rzednąć, gdy godzinę później nic się nie zmieniło. Dwie godziny później autobus zawrócił do Kaszgaru, a w ślad za nim odjechały też niektóre minibusy i osobówki. Potem zaczęło padać, ale twardo czekaliśmy. Nasza cierpliwość została nagrodzona - szosa wreszcie została odblokowana i mogliśmy ruszać w dalszą drogę. Kierowca lojalnie uprzedził nas, że asfalt zaraz się skończy i zacznie być ciężko, ale przecież zostało nam tylko trochę ponad 100 kilometrów.

      No cóż - godzinę później byliśmy kilkanaście kilometrów dalej, a nasz samochód wyglądał tak:

      Okazało się, że monsunowe deszcze docierają aż tutaj, a droga utwardzona była tylko przez pierwsze 80 km. Chińczycy budują nową szosę, prowadzącą mniej więcej wzdłuż istniejącej, ale będzie gotowa dopiero za trzy lata. Zresztą budowa drogi w tamtych rejonach to nie lada wyzwanie - podczas prac nad istniejącą już szosą zginęło prawie 900 osób - głównie z powodu osuwisk kamieni i powodzi.

      Widoki z drogi prawdopodobnie są oszałamiające - prawdopodobnie, ponieważ nad nami wisiały niskie chmury, a obecności ośnieżonych szczytów można było się tylko domyślać. Mimo to otoczenie robiło wrażenie. Otaczały nas krajobrazy nieprawdopodobnie surowe, monochromatyczne wręcz, a chwilami rozstępujące się chmury odsłaniały fantastyczne faktury.

      Trudno uwierzyć, że żyją tam ludzie, zresztą ich chatki są tak wtopione w tło, że trudno je było czasem zauważyć.


       

      Szybko okazało się też, że deszcze nie tylko zmyły asfaltowy fragment szosy, ale także dość mocno utrudniły przejazd górskim odcinkiem. W wielu miejscach droga wyglądała tak:

      Na szczęście okazało się, że nasz kierowca słusznie zrobił na nas dobre wrażenie i choć jechaliśmy zwykłym samochodem osobowym, udało nam się przejechać właściwie bez problemów. Aczkolwiek trwało to wszystko wieki! Nad jezioro dotarliśmy po dziesięciu godzinach - tyle czasu zajęło nam pokonanie niecałych dwustu kilometrów...

      Byliśmy tak zmęczeni długą jazdą, że nie doceniliśmy prezentu, który sprawił nam los. Popatrzyliśmy zaledwie przez chwilę na wyłaniającą się z chmur górę Muztag Ata (7546 m n.p.m.) i zamiast wyciąga aparaty, poszliśmy do jurty na herbatę. Naiwnie liczyliśmy, że nazajutrz rano widoczność będzie jeszcze lepsza. Niestety, okazało się, że było to jedyne kilka minut, w trakcie których można było zobaczyć cokolwiek, nie mogę wam więc pokazać, jak majestatyczna i piękna jest to góra. Chmury przetaczały się po okolicznych szczytach przez cały wieczór, nam zaś pozostało tylko obserwowanie fragmentów zboczy, które wyłaniały się od czasu do czasu.

      Nad jeziorem nie jest tak dziko, jak się spodziewaliśmy. Wzdłuż brzegów widać sporo jurt - mieszkają tu głównie Kirgizi. Kierowca zabrał nas do swoich znajomych na kolację, będącą połączeniem chińskich i kirgiskich smaków. Po krótkim odpoczynku w jurcie uciekliśmy jednak nad jezioro, by rozstawić namiot zanim się ściemni.

      Nie mieliśmy czasu na oddalenie się od szosy, dzięki czemu kiedy rano otworzyłam oczy i wystawiłam głowę z namiotu, by sprawdzić, jak wygląda niebo, przekonałam się, że po Karakorum Highway kursują nie tylko samochody.

      Całą noc padało i ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu rano wszystko było zasnute chmurami. Pożałowaliśmy, że nie zaplanowaliśmy jeszcze jednej nocy nad jeziorem. Dotychczas mieliśmy sporo szczęścia w kwestii pogody i straciliśmy czujność. Trudno - trzeba będzie kiedyś tu wrócić, zresztą zdecydowanie chciałabym w przyszłości przejechać dalszą część tej drogi.

      Nocny deszcz niósł ze sobą coś poważniejszego niż brak perspektyw fotograficznych - rozmyta już przecież wcześniej droga mogła okazać się całkowicie nieprzejezdna. Gdyby nie to, że nazajutrz była niedziela, a w niedzielę chcieliśmy koniecznie zobaczyć targ zwierząt w Kaszgarze, pewnie uleglibyśmy sugestiom kierowcy, który proponował przesunięcie powrotu na kolejny dzień. Nie było jednak gwarancji, że kolejna noc nie będzie równie deszczowa, postanowiliśmy więc spróbować dostać się do Kaszgaru, licząc się z tym, że być może gdzieś utkniemy.

      I chyba nie muszę dodawać, że oczywiście utknęliśmy?

      Ulewa sprawiła, że już wcześniej przepełnione górskie strumienie wystąpiły z brzegów. Zresztą nie jest to chyba na Karakorum Highway czymś niezwykłym. Szosa jest podmywana i zalewana regularnie, zaś miejscowi są przyzwyczajeni do tego, że często przez kilka dni z rzędu nie można nią przejechać. Na szczęście to Chiny, a w Chinach rąk do pracy nie brakuje. Dwa lata temu w Syczuanie czekaliśmy zaledwie kilka godzin na wybudowanie mostu. Tym razem naprawdę poważnie zalana droga została doprowadzona do stanu względnej przejezdności także w ciągu kilku godzin. Względnej, bo momentami jechało się przez taką wodę (widok z samochodu):

      Droga powrotna znowu zajęła nam prawie dziesięć godzin. Nie wiem, jak to możliwe, że niektóre agencje turystyczne w Kaszgarze oferują jednodniowe wycieczki nad jezioro Karakol - moim zdaniem to po prostu niewykonalne.

      Mimo że nie zobaczyliśmy ośnieżonych szczytów siedmiotysięczników, a droga trwała dłużej niż sam pobyt nad jeziorem, nie żałuję. Słynna szosa robi porażające wrażenie - to wąska nitka prowadząca przez potężne, posępne góry, między osypującymi się skałami, błotnistymi przeprawami przez strumienie, wzdłuż przepaści. Nawet w kiepskiej pogodzie są miejsca, które wyglądają jak inna planeta, na przykład graficzna piaskowa góra, do której dociera się po pokonaniu dwóch trzecich drogi.

      W lepszej pogodzie warto zresztą pojechać tą szosą kawałek dalej, do przygranicznego miasteczka Taszkorgan, a nawet do samej granicy (warto sprawdzić, czy nie jest do tego konieczne specjalne pozwolenie, jako że przepisy zmieniają się jak w kalejdoskopie). A szczęśliwi posiadacze wizy pakistańskiej mogą pokonać całe 1300 kilometrów. Może kiedyś...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Powódź na Karakorum Highway”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      padma
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 sierpnia 2015 21:40
  • piątek, 09 sierpnia 2013
    • Kangding - miasto pogranicza

      Kangding to miasto pogranicza. Kiedyś był to ważny ośrodek na szlaku herbacianym, biegnącym między Chinami a Tybetem. Tybetańscy kupcy wymieniali tu przywiezione z wyżyny tybetańskiej zioła i grzyby na uprawianą w Chinach herbatę, która stała się tybetańskim przysmakiem. Dotarliśmy tu autobusem z Chengdu i bez większych problemów znaleźliśmy dość przyjemny hotel, Yongzhu Hotel. Wprawdzie właściciel zna może 20 słów po angielsku, ale jest i tak dość pomocny, a na pewno miły. Spędziliśmy tu kolejne dwa dni spacerując po mieście i okolicznych górach. Zwiedziliśmy jeden z miejscowych klasztorów buddyjskich, Nanwu Temple. Zaczepiła mnie tam dziewczyna, która mówiła trochę po angielsku. Była to chińska studentka, która przyjechała do Kangding na wakacje, żeby spędzić miesiąc w klasztorze, praktykując buddyzm. Nawróciła się na buddyzm dwa lata temu, razem ze swoją mamą - ojciec jest biznesmenem i religia go nie interesuje. Oprowadziła mnie po klasztorze, który jest całkiem ciekawy. Mieszka tu ponad setka mnichów oraz sporo osób z zewnątrz. Jest tu kilka posągów Buddy, w tym jeden olbrzymi, a całość świątyni tętni życiem. Klasztor należy do buddyjskiej sekty Gelugpa, inaczej nazywanej żółtą.

      W Kangdingu zrobiliśmy sobie wycieczkę w góry. Ponieważ miasto położone jest w dolinie, żeby gdziekolwiek pójść, trzeba wspiąć się pod którąś górę. Łukasz poszedł na szczyt Jiulian Shan na przełaj przez krzaki, a ja z Olą znalazłyśmy ścieżkę za klasztorem. Dotarliśmy ostatecznie na tę samą łąkę - położone wysoko nad miastem pastwisko jaków, z którego roztaczały się ciekawe widoki.

      Jedzenie w Kangdingu jest nieco inne niż wcześniej. Najpopularniejsze są restauracje z tzw. hot pot. Można je oczywiście znaleźć w całych Chinach, ale tutaj trudno wręcz znaleźć coś innego . Polega to na tym, że w środku stołu jest dziura, w której mieści się palnik. Na palniku stawia się naczynie wypełnione olejem z przyprawami. Zamawia się surowe kawałki jedzenia, które samodzielnie smaży się w oleju. My dostaliśmy w środku oleju drugie naczynie, w którym był nieostry wywar, specjalnie dla Oli.

      Hot pot wygląda efektownie, ale nie przypadł nam specjalnie do gustu. Trzeba dość długo czekać, zanim wrzucone do oleju kawałki usmażą się porządnie, o ile nie chcemy jeść wpół surowego mięsa. Trzeba też zamówić sporo rzeczy, żeby się najeść. Być może po prostu źle trafiliśmy, ale w każdym razie fanami tego dania nie zostaliśmy. Z Kangdingu wyruszamy już w góry, do regionu całkowicie tybetańskiego.

      Informacje praktyczne:

      autobus Chengdu - Kangding - 138 yuanów, 8 godzin. Autobus z dworca Xinnanmen, w centrum miasta, kiedyś bywały tu problemy z biletami dla obcokrajowców, w tej chwili jest ok.

      Yongzhu Hotel - 120 yuanów za dwójkę z łazienką, czysto. Hotel w samym centrum, zaraz obok dużego Kangding Hotel. Taxi z dworca autobusowego 8 yuanów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Kangding - miasto pogranicza”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      padma
      Czas publikacji:
      piątek, 09 sierpnia 2013 07:56
  • środa, 31 lipca 2013
    • Zakazane miasto

      Podróż zajęła nam prawie dwa dni. Najpierw lot z Warszawy do Dubaju liniami Emirates. Lotnisko znamy już jak własną kieszeń, więc od razu po wylądowaniu udaliśmy się w kierunku najlepszych miejsc do spania, i mimo że było już dość późno, udało nam się znaleźć cztery wygodne fotele. Skłamałabym jednak mówiąc, że się wyspałam... Noc jakoś jednak minęła i po 13 godzinach czekania wsiedliśmy wreszcie do samolotu do Pekinu. Z lekkim opóźnieniem, dolecieliśmy na miejsce chwilę przed północą. Mieliśmy zarezerwowany hotel, trzeba było tylko do niego jakoś dotrzeć. Z uwagi na późną porę zdecydowaliśmy się na taksówkę. Naczytałam się wcześniej o mafii lotniskowej, ale szczęśliwie udało nam się bez problemu znaleźć normalną taksówkę. Poszliśmy po prostu za znakami na postój taksówek i ustawiliśmy się w kolejce. Taksówkarz wprawdzie nie mówił w ogóle po angielsku, ale daliśmy mu adres na karteczce i to wystarczyło.

      Hotel całkiem ładny i czysty. Beijing Traditional View Hotel na Juer Hutong - nazwa wskazuje, że położony jest w jednym z hutongów, czyli tradycyjnie zabudowanych wąskich alejek, które są charakterystyczne dla Pekinu. Okolica mało turystyczna, ale wszędzie dość blisko, wokół nie brakuje też sklepików z owocami, małych knajpek dla miejscowych i urokliwych uliczek.


      Totalnie wykończeni, spaliśmy do jedenastej, oczywiście czasu miejscowego. Zaspaliśmy tym samym na śniadanie w hotelu, nie pozostało nam więc nic więcej, jak od razu pójść zmierzyć się z miastem. Wyruszyliśmy pieszo w stronę Zakazanego Miasta, a gdy zobaczyliśmy knajpkę, przed którą siedziało sporo miejscowych, zaryzykowaliśmy i zamówiliśmy bliżej nie określone danie z makaronem. Oczywiście okazało się pyszne!

      Posileni, mogliśmy zmierzyć się z tłumami zwiedzającymi największe atrakcje Pekinu. Było właśnie południe, upał nieziemski, ale zaprawieni temperaturami panującymi ostatnio w Polsce, bez mrugnięcia postaliśmy na olbrzymim placu Tiananmen. Widać, że to największy plac miejski na świecie - nawet moskiewski Plac Czerwony wydaje się przy nim niewielki...

      Zakazane miasto jest piękne. Owszem, są tam tłumy, ale im później, tym mniejsze. Pod koniec, gdy dotarliśmy do części dodatkowo płatnej, zrobiło się wręcz pusto. Były za to niewielkie dziedzińce, misternie rzeźbione drzwi, zacienione zakątki. Z fascynacją obserwowałam też miejscowych, którzy zresztą nas, a zwłaszcza Olę, traktowali jako część atrakcji i ciągle robili sobie z nią zdjęcia.

      Spędziliśmy w Zakazanym Mieście większość dnia, potem starczyło nam sił tylko na spacer po parku i powrót do hotelu.


       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Zakazane miasto”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      padma
      Czas publikacji:
      środa, 31 lipca 2013 16:17