Inne strony

Świat jest książką. Ci, którzy nie podróżują, czytają tylko jedna stronę. Św. Augustyn

Wpisy

  • niedziela, 31 lipca 2016
    • Wynajętym samochodem po Kirgistanie

      Podróżowanie lokalnymi środkami transportu jest świetnym sposobem na poznanie kraju i jego mieszkańców - wielogodzinne podróże dzieloną taksówką to okazja to długich rozmów. Szczególnie, jeśli pięcioosobowym samochodem dzieli się sześć osób, z których trzy to dość imponująco zbudowane Uzbeczki, obładowane morelami i kurutem (kulkami z suszonego jogurtu). Jednak własny samochód daje wolność i pozwala dotrzeć w mniej oczywiste miejsca o wybranych przez siebie porach. Dlatego od początku zamierzaliśmy spróbować wynająć samochód na ostatni tydzień naszego pobytu w Kirgistanie. Okazało się, że nie jest to trudne, aczkolwiek wymaga więcej planowania, niż wynajem samochodu w krajach europejskich, a koszty są porównywalne.


      Przede wszystkim, w Kirgizji nie działają duże, międzynarodowe sieci. Trzeba polegać na lokalnych wypożyczalniach, których w dodatku jest niewiele. Najbardziej chyba znana i polecana to Iron Horse Nomads (KLIK) - wypożyczalnia prowadzona przez mieszkające w Biszkeku Amerykanina. Jest to firma godna zaufania, oferująca dobre samochody i ubezpieczenie. Niestety, mają chyba najwyższe ceny i niewiele samochodów - nam nie udało się nic u nich zarezerwować, bo na kilka miesięcy przed naszym wyjazdem dostępne były tylko ich najdroższe samochody.

      Skorzystaliśmy więc z usług firmy Kyrgyz Rent Car (KLIK), prowadzonej przez niejakiego Almaza. Almaz to Kirgiz, który mieszkał dwa lata w Londynie (wynajmując tam mieszkanie z Polakami, dzięki czemu darzy nasz kraj sporą sympatią). Jego wypożyczalnia nie ma biura, a samochód odbiera się we wcześniej ustalonym miejscu. My umówiliśmy się po prostu przed dworcem autobusowym, a Almaz jakimś cudem wyłowił nas z tłumu ludzi wysiadających z mocno opóźnionej marszrutki z Karakol. Papiery podpisaliśmy na masce samochody, zapłaciliśmy całą kwotę gotówką i odebraliśmy kluczyki do całkiem sensownej Toyoty Avensis. Cena to 40$ za dobę, samochód oczywiście nie był terenowy, ale Almaz od razu poinformował nas, że możemy jeździć poza drogami, byle z rozwagą. Samochód sprawował się znakomicie przez cały tydzień, a nie oszczędzaliśmy go wcale!

      Kirgizja to wymarzony kraj dla samotników, którzy szukają dzikich miejsc. My spędziliśmy cudowny tydzień, snując się po bezdrożach, biwakując pod takimi górami, jak te ze zdjęcia, kąpiąc się w lodowatych rzekach i jedząc kupowane przy nielicznych asfaltowych drogach arbuzy i maliny. Ponieważ był to już ostatni tydzień naszej podróży, podeszliśmy do wszystkiego na luzie. Nie chcieliśmy jeździć daleko, wybraliśmy więc niezbyt oddaloną od Biszkeku Suusamyr Valley. Okazało się to strzałem w dziesiątkę - krajobrazy zapierają dech w piersiach i jest całkiem pusto, ponieważ turystów przyciąga pobliskie jezioro Song Kul. Kiedyś zwiedzimy tę dolinę pieszo, tym razem jednak spędziliśmy kilka sielskich dni jadąc drogą gruntową, która odchodzi od szosy Biszkek-Osz i ciągnie się aż do Kochkoru. Sami popatrzcie, jak tam pięknie!

      Żaden pobyt w Kirgizji nie jest oczywiście kompletny bez pobytu nad Issyk-kul, największym jeziorem tego kraju i jednocześnie drugim pod względem wielkości wysokogórskim jeziorem świata (po jeziorze Titicaca). Miejscowi nazywają Issyk-kul morzem, i faktycznie, w tym najbardziej, jak to możliwe, oddalonym od morza kraju taki bezmiar wody trudno nazwać jeziorem. Issyk-kul ma 182 kilometry długości, w najszerszym miejscu 60 kilometrów szerokości. Nigdy nie zamarza, choć otaczają je pokryte śniegiem szczyty. Jego woda jest lekko słona, a woda jest w nim cieplejsza, niż zazwyczaj w lecie w Bałtyku (choć nie oszukujmy się, nadal oznacza to, że jest zimna).


      Nad Issyk-kulem można znaleźć coś dla każdego. Na północnym brzegu bywa tłoczno - to tutaj znajdują się popularne miejscowości wakacyjne, do których przyjeżdżają zarówno Kirgizi, jak i Kazachowie i Rosjanie. Można tu poczuć się całkiem jak 20 lat temu w Mielnie. Łatwo tu dojechać, jest mnóstwo hoteli o różnym standardzie i różnych cenach, ale oczywiście jest spokoju próżno tu szukać (choć nam udało się znaleźć urocze miejsce kempingowe nad samym jeziorem, w dzień wprawdzie także zatłoczone, ale o zmroku puste i przyjemne). Warto się tą stroną jeziora przejechać choćby po to, żeby kupić wędzone ryby z jednego z przydrożnych straganów!

      Brzeg południowy jest dużo bardziej dziki. Jeśli szukacie miejsca na biwak, tutaj znajdziecie go sporo. W wielu miejscach bez problemu można dojechać nad samą wodę. Wiedzą o tym oczywiście miejscowi, więc w dzień trudno liczyć na całkowitą samotność na plaży, jednak jest tu tyle przestrzeni, że można przez wiele godzin zobaczyć dwie, trzy osoby.

      Nas na jednej z takich pustych plaż spotkała jednak pewna niespodzianka - nadjechał miejscowy samochód, z którego wysiadło dwóch młodzieńców. Spytali, czy planujemy tu nocleg i kazali wypełnić jakiś formularz. Po chwili odjechali, i choć faktycznie mieli tych formularzy cały plik, a wpisywało się w nie tylko numer rejestracyjny samochodu, poczuliśmy się nieswojo i na wszelki wypadek postanowiliśmy poszukać innego miejsca na nocleg.

      Znad Issyk-kulu wróciliśmy do Biszkeku równiutką szosą, na której nieco ponad tydzień wcześniej spotkała nas niemiła przygoda. Na szosę zsunął się spory kawałek zbocza, blokując całkowicie przejazd. Jest to ważna i uczęszczana trasa, a w tak górzystym kraju jak Kirgizstan każda zablokowana droga to prawdziwy dramat. A to nie Chiny, tak poważnego osuwiska nie potrafią usunąć w krócej niż kilka dni.

      Całe szczęście, że nikomu nic się nie stało, na szosie jednak po kilku godzinach zaczęły rozgrywać się dantejskie sceny. Było upalnie, cienia nie było, w pobliżu żadnej wioski. Po obu stronach osuwiska stały setki pojazdów, których kierowcy nie potrafili ustawić się po prostu w rządku i czekać. Każdy z nich koniecznie chciał podjechać jak najbliżej, niektórzy próbowali zawracać, także ciężarówkami, i wkrótce sytuacja zaczęła wyglądać beznadziejnie. Naradziliśmy się z pozostałymi pasażerami naszej marszrutki i postanowiliśmy, że spróbujemy znaleźć inną marszrutkę po drugiej stronie, której pasażerowie są w równie beznadziejnej sytuacji, i po prostu zamienić się z nimi na pojazdy. Nasz kierowca sam na to nie wpadł, ale pomysł mu się chyba spodobał, bo poszedł w siną dal, a po jakiejś godzinie wrócił, informując, że znalazł marszrutkę, która utknęła po drugiej stronie i zabierze nas do Biszkeku. Załadowaliśmy więc swoje bagaże (nam było łatwo, ale miejscowi podróżują tu często z kilkunastoma ogromnymi torbami, wszyscy podzielili się wobec tego ładunkiem) i przedostaliśmy się przez osuwisko na drugą stronę, mijając pasażerów, którzy podążali w przeciwnym kierunku, by zająć nasz pojazd. Jeszcze kilka chwil grozy, podczas gdy kierowca usiłował zawrócić wśród dziesiątek kompletnie zablokowanych pojazdów, i wyruszyliśmy.

      Na takie niespodzianki trzeba być w Kirgistanie przygotowanym. Dróg jest mało, prowadzą przez góry, często nie są odpowiednio zabezpieczone. Zmywają je deszcze, zasypują kamienie - lepiej zawsze planować podróż z kilkudniowym zapasem.

      O czym jeszcze należy pamiętać, podróżując po Kirgizji samochodem?

      Stacji benzynowych jest mało, a w wioskach mogą mieć postać stolika z butelkami, w których jest benzyna. Tankujmy, kiedy tylko się da.

      Drogi, które na mapie wyglądają całkiem normalnie, mogą być najeżone kamieniami i kompletnie nieprzejezdne dla samochodu osobowego.

      Mimo wszystkich trudności, warto! Kirgizja poznawana zza kółka to zupełnie inny kraj niż ten, który widzicie z marszrutki pomykającej szosą.

      I wreszcie - obserwujcie bacznie brzegi dróg, zwłaszcza druty. Siedzą na nich często ptaki, których zobaczenie w Polsce jest naprawdę trudne, takie jak żołny i kraski!


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wynajętym samochodem po Kirgistanie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      padma
      Czas publikacji:
      niedziela, 31 lipca 2016 00:46
  • wtorek, 07 czerwca 2016
    • Przykurzony urok Karakol

      Pobiłam własny rekord, jeśli chodzi o odstęp czasu między notkami... Zaczęło się od tego, że postanowiłam zrobić coś z RAWami, które zgrałam z aparatu. Zrobić, czyli nauczyć się je wywoływać. Niestety, jak już wpadłam w wir pracy, myśl o obróbce RAWów została gdzieś zepchnięta i do dzisiaj nie udało mi się jej wydobyć. Nic to - RAWy czekają na lepsze czasy, a ja będę nadal wrzucała swoje JPGi...

      A dlaczego właśnie dziś? Bo tęsknię... Idzie lato i chyba tym razem nie uda nam się pooddychać azjatyckim powietrzem. A ja tęsknię nieprzytomnie za zapachem kirgiskich melonów, za widokiem gór Tian Shan, lekko rozmytym przez drgające powietrze w upalny dzień... Zaczęłam przeglądać zdjęcia, a blog przypomniał o sobie niczym wyrzut sumienia. Czemu nie? - pomyślałam. Dokończę relację, żeby powspominać i się z wami tymi wspomnieniami podzielić.

      Zatrzymaliśmy się na trekkingu po górach Tian Shan. Zostańmy więc na chwilę w Karakol - pozornie nieciekawym, a jednak dziwnie urokliwym miasteczku, będącym punktem wypadowym w te dzikie góry. To stąd wyruszają wyprawy na najwyższe szczyty tych gór, przede wszystkim na Pik Pobiedy. Jako że żyjemy w epoce możliwości, tacy amatorzy jak my mogą również wyruszyć stąd w góry. Karakol to ostatni przyczółek cywilizacji we wschodnim Kirgizstanie, dalej są już tylko góry, lodowce i granica z Chinami.

      Miasteczko nie prezentuje się zbyt imponująco. Tak wygląda główna ulica:

      Rząd sklepów, w których można się zaopatrzyć w suchy prowiant na wyjście w góry, choć na nic wyszukanego bym nie liczyła, kilka knajpek, i to w zasadzie wszystko, jeśli chodzi o centrum. Warto jednak skręcić w którąś z bocznych uliczek, Karakol kryje w sobie bowiem sporo uroku.

      Miasto ma bowiem rosyjskie korzenie, a rozpadające się już niskie budynki łudząco przypominają syberyjską zabudowę. Ukryte w zieleni domy często mają niebieskie okiennice i misterne zdobienia nad oknami i pod dachem.

       


      W sierpniowy dzień spacer jest przyjemnością, a zacienione uliczki tchną sielskim spokojem. Jesienią i zimą musi tu być jednak dość posępnie. A może się mylę? Karakol to także ośrodek narciarski, może zimą tętni życiem? Chciałabym to kiedyś sprawdzić...

      Otaczające miasteczko góry są domem dla różnych zwierząt, dlatego niespecjalnie dziwiły mnie takie widoki:

      Miasto i otaczająca je przyroda przenikają się, zresztą z każdego chyba punktu widać góry.


      Po kilku dniach spędzonych na trekkingu, Karakol jawi się jednak jak prawdziwa ostoja cywilizacji. Dają tu jedzenie, które nie jest liofilizatem albo chińską zupką!

      Udało nam się wypatrzyć polski akcent!

      Podobno w Karakol nie jest zbyt bezpiecznie po zmroku, nas jednak nie spotkało tam nic nieprzyjemnego. Oczywiście, nie chodziliśmy wieczorami po bocznych uliczkach, a spaliśmy w namiocie rozbitym na terenie ogrodzonego i bardzo przyjemnego Yurt Campu. Nie ukrywam, że wybraliśmy to miejsce ze względu na koty, które spędzały dni śpiąc na dachach jurt lub buszując w trawie!

      Kirgiskie koty to zresztą oddzielna, często smutna, historia. Najchętniej bym je wszystkie stamtąd przywiozła. Może na starość zamieszkam nad Issyk Kulem i otworzę schronisko lub jakąś fundację?

      Do Karakol chcę jeszcze wrócić. To świetna baza do krótszych i dłuższych wycieczek, a także dość niepozorne, brudne i zakurzone, a jednak pełne uroku miasteczko.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Przykurzony urok Karakol”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      padma
      Czas publikacji:
      wtorek, 07 czerwca 2016 23:43
  • piątek, 11 września 2015
    • Na trekkingu w górach Tian Shan

      Nie byłam pewna, czy dożyjemy świtu.

      Leżałam w namiocie i liczyłam. Błysk, sto dwadzieścia trzy, sto dwadzieścia trzy, grzmot. Błysk, sto dwadzieścia trzy, huk. Kiedy błysk i huk zaczęły występować praktycznie równocześnie, pomyślałam: Jeśli przeżyję, nie mogę o tym napisać na blogu. Nasi rodzice nie mogą o tym przeczytać...

      Zanim jednak znaleźliśmy się wysoko w górach wśród głazów, w które z lubością uderzały pioruny, musieliśmy przejechać spory kawałek świata. Z Kaszgaru wróciliśmy do Osz, drogą równie malowniczą jak wcześniej, choć tym razem nie spotkaliśmy żadnych przemytników. A przynajmniej nic nam o tym nie wiadomo. Spotkaliśmy za to bardzo fantazyjne starsze panie, którym prawie udało się nas wyprowadzić z równowagi, a musicie wiedzieć, że my się naprawdę nie irytujemy na wyjazdach. O przekraczaniu granicy, tak jak obiecałam, jeszcze napiszę, na razie jednak pójdźmy dalej z opowieścią. Jeden dzień więc spędziliśmy w podróży przez granicę, kolejny zajęło nam przejechanie główną szosą Kirgistanu - z Osz do Biszkeku. Postanowiliśmy być twardzi i nie poddając się zmęczeniu, wsiąść od razu w nocny autobus do położonego na zachodzie kraju Karakol. Tym samym po trochę ponad dwóch dobach podróży znaleźliśmy się w otoczonym niebiańskimi górami Tian Shan miasteczku. Stąd planowaliśmy wyruszyć na kilkudniowy trekking - coś, co dla nas miało być całkiem nową przygodą.


      Nie przypadkiem nazwałam Tian Shan niebiańskimi górami, ponieważ ich nazwa dosłownie to oznacza. To potężny, piękny łańcuch górski, rozciągający się na terytoriach czterech krajów, dłuższy i szerszy niż Himalaje. Leżą tu dwa najdalej na północ wysunięte siedmiotysięczniki - Pik Pobedy i Khan Tengri, który co prawda nie przez wszystkich jest uznawany za siedmiotysięcznik. To góry dzikie i puste. Ludzie mieszkają tylko w niektórych dolinach. Idąc w głąb, jest się więc zdanym tylko na siebie. Możliwości trekkingowe są za to nieograniczone.

      Nie mieliśmy jednak zamiaru wyprawiać się naprawdę daleko. To miał być nasz pierwszy trekking z namiotem, jedzeniem, bez dostępu do cywilizacji - trzeba do tego przyzwyczaić zarówno Młodą, jak i samych siebie. Wybraliśmy więc szlak stosunkowo łatwy, bo niezbyt odległy i na tyle popularny, że w lecie bywa miejscami dość wyraźny, nie jest więc łatwo się zgubić. Początkowo chcieliśmy poświęcić na niego aż cztery dni, ostatecznie zdecydowaliśmy, że damy radę w trzy, zabawiliśmy bowiem w Osz trochę dłużej, niż planowaliśmy. Cóż, są tacy, którzy robią tę trasę w dwa dni, trzy wydawały się więc dobrym pomysłem. Teraz mogę powiedzieć z całą stanowczością - chylę czoła przed tymi twardzielami! Trzy dni to było dla nas absolutne minimum.

      Wyruszyliśmy więc Doliną Karakolską w doskonałych humorach. Plecaki były ciężkie, ale wydaje mi się, że nieźle się spakowaliśmy. Łukasz niósł masę sprzętu fotograficznego - i tak byłam z niego dumna, że zrezygnował z zapasowego body i zostawił je, wraz z jednym obiektywem, na przechowanie w Karakolu. Jego plecak zawierał jednak głównie obiektywy, koszmarnie ciężki aparat z gripem, filmy, jakimś cudem upchnęliśmy tam też dwa śpiwory i trochę jedzenia. Na tym wszystkim dyndał radośnie statyw. Ja musiałam więc nieść całą resztę, przede wszystkim namiot, jedzenie i cały sprzęt biwakowy - jakże się cieszyłam, że wszystko przed wyjazdem wymieniliśmy na lżejsze! W Oli plecaku były wszystkie jej rzeczy, łącznie ze śpiworem. Byłam z niej naprawdę dumna, lekko bowiem nie miała.

      Pogoda była piękna, ale poprzedniego dnia po słonecznym poranku wczesnym popołudniem przyszedł ulewny deszcz i obawialiśmy się, że to się może powtórzyć. Droga była długa, ale raczej łatwa - szliśmy szeroką doliną, wzdłuż rzeki, było w miarę płasko. Wiedzieliśmy, że musimy przejść sporo kilometrów, żeby dojść do miejsca, w którym zaczną się wysokie góry. Latały piękne motyle, których widok wywoływał w nas mocniejsze bicie serca - widzieliśmy pazia żeglarza, pazia królowej, rusałkę żałobnik, i ku mojemu bezgranicznemu zachwytowi niepylaka apollo! Miałam ochotę rozbić tam namiot, żeby móc rano sfotografować te jakże piękne i nie tak łatwe u nas do zobaczenia stworzenia.

      Trzeba było jednak iść dalej. Zgodnie z oczekiwaniami zebrały się chmury, spadło trochę deszczu, ale nadal było całkiem znośnie. Po mniej więcej czterech, może pięciu godzinach, doszliśmy do wodospadu. Według mapy niedaleko stąd miało być niezłe miejsce na biwak, jednak czytane w internecie opisy szlaku sugerowały, że do pierwszego miejsca noclegowego jest jeszcze dość daleko. Dolina się jeszcze rozszerzyła i wyraźnie było widać, że wkrótce podzieli się na dwie odnogi. My mieliśmy ją opuścić, skręcając w lewo prosto w las i wspinając się pod górę przez kolejne dwie godziny. Kiedy Ola o tym usłyszała, zbuntowała się. Była zmęczona i przekonana, że to właśnie tutaj mieliśmy dojść, a nie gdzieś dalej i co gorsza, wyżej. Rozejrzeliśmy się. Było to piękne miejsce, z meandrującymi rzekami, zieloną łąką i malowniczymi wierzchołkami zamykającymi horyzont. Droga w las nie wyglądała równie ciekawie pod względem krajobrazowym, a chcieliśmy obudzić się w miejscu z ładnym widokiem. Postanowiliśmy, że zostajemy.

      To była bardzo dobra decyzja. Miejsce tchnęło spokojem, w pobliżu płynął czysty strumyk, w dodatku chmury się rozeszły i po zboczach zaczęło się ślizgać ciepłe słońce. Po rozstawieniu namiotu czekała na nas dodatkowa niespodzianka. Spacerując, dostrzegłam bowiem jakiś ruch. Odwróciłam się i zamarłam. Na trawie, kilka zaledwie metrów od namiotu siedziało małe, puchate stworzenie. Zerknęło na mnie i kompletnie nie przejęte moim widokiem, zaczęło sobie skubać trawkę. Ostrożnie wycofałam się, złapałam aparat, machnęłam na Olę i Łukasza, a już po chwili przekonaliśmy, że stworzonek jest więcej i prawie nic nie robią sobie z naszej obecności. Obserwowaliśmy je w zachwycie, nie mając pojęcia, cóż to takiego. Dopiero po powrocie z gór udało nam się to sprawdzić, mogę więc się tą wiedzą podzielić. Proszę bardzo, poznajcie szczekuszkę, inaczej pikę!

      Czyż nie jest urocza? Nie jestem pewna, do którego podgatunku należy, prawdopodobnie jest to szczekuszka północna (Ochotona alpina). Było ich przynajmniej kilka. Mieszkały w skalnym rumowisku i były średnio płochliwe. Szkoda tylko, że słońca już prawie nie było.

      Wieczorem szczekuszki się schowały, Ola zaś zapragnęła rozpalić ognisko. Po to właśnie zabieramy ją w takie dzikie i puste miejsca, żeby nauczyła się sobie radzić - znaleźć drogę na pustkowiu, rozpalić ogień, znaleźć odpowiednie miejsce na nocleg, przyrządzić jedzenie, zadbać o dostęp do wody. Z ogniskiem łatwo nie było - od wielu dni padał tu deszcz, tydzień wcześniej przeszedł wręcz gwałtowny front burzowy. Wszystko było mokre, Młoda jednak nie daje łatwo za wygraną. Tata podpowiadał, i w końcu się udało!

      W dobrych humorach schowaliśmy się do namiotu, gdy tylko się ściemniło (wierzcie mi, jeśli czujecie się niedospani, jedźcie na wakacje pod namiot - wyśpicie się za wszystkie czasy). I wtedy, praktycznie bez ostrzeżenia, zaczęło się!

      Co można zrobić, kiedy między tobą a piorunami jest tylko cieniutki materiał namiotu z aluminiowym stelażem? Przyznaję - bałam się. Początkowo pioruny uderzały dość daleko, ale nagle uderzenie i błysk zlały się w jedno, a ja myślałam tylko o rumowisku skalnym zaraz nad naszym namiotem i zastanawiałam się, czy szczekuszki nie wyczułyby, że te głazy mogą się stoczyć. Wpatrywałam się w ciemność, wiedząc, że Łukasz też nie śpi, i ciesząc, że nasza córka nie budzi się nawet w największym hałasie.

      Wreszcie grzmoty ucichły i choć lało jeszcze przez wiele godzin, zasnęłam szybko z poczuciem ogromnej ulgi.

      Ranek był piękny. Błękitne niebo, przejrzyste powietrze, niewielkie złote chmurki unosiły się nad szczytami. Łukasza nie było - od świtu robił gdzieś zdjęcia, a ja siedziałam na rosie i cieszyłam się, że tu jestem.

      Przed nami był jednak długi i trudny dzień, nie mogliśmy więc napawać się pięknem otoczenia. Trzeba było zjeść porządne śniadanie i ruszać w drogę, skoro dołożyliśmy sobie dodatkowe dwie godziny, które powinniśmy byli pokonać wczoraj.

      Trasa tego treku nie jest zbyt łatwa i dobrze rozłożona. Po przyjemnym pierwszym dniu następuje masakryczne podejście, które trwa wiele godzin. Początkowo idzie się przez las, a ścieżka nie jest zbyt widoczna. Kluczyliśmy nieco, ślizgając się na mokrych liściach i przełażąc przez lśniące od rosy powalone drzewa. Kiedy wyszliśmy nad linię lasu, przekonaliśmy się, że chyba popełniliśmy jeden podstawowy i głupi błąd. Bazując na posiadanej mapie stwierdziliśmy, że godzinę zajmie nam dojście do najbliższej rzeki, a potem będziemy cały czas wędrować jej brzegiem. Nie napełniliśmy więc wodą wszystkich posiadanych butelek, przekonani, że będzie jej pod dostatkiem na trasie. Cóż - nie róbcie tak. Koryto rzeczne owszem, było, jednak całkiem suche, co było dość dziwne, zważywszy na spore opady. Najwyraźniej nasza mapa nie była zbyt aktualna, my zaś mieliśmy już tylko jedną butelkę wody i nie byliśmy w stanie przewidzieć, kiedy dojdziemy do czegoś płynącego.

      Zaczęło się robić naprawdę ciepło - zbocza gór parowały, słońce prażyło. Kwestia wody stała się paląca. Przyspieszyliśmy więc kroku i wreszcie, po kilku podejściach, które wydawały się ostatnimi (w górach zawsze tak się wydaje, czyż nie?), wyszliśmy wreszcie na wypłaszczenie, po którym radośnie wił się strumyk. Zarządziliśmy postój i nabraliśmy nowej energii po napiciu się i schłodzeniu nóg w lodowatej wodzie.

      Choć woda wyglądała na czystą, korzystaliśmy z niewielkiego filtra, który zapewniał nam spokój ducha.

      Chwilę później doszliśmy do drewnianej chatki, przy której większość osób rozbija się na pierwszy nocleg. Stało tu kilka namiotów, ucieszyliśmy się więc, że spaliśmy w bardziej odludnym i na pewno bardziej malowniczym miejscu.

      Droga od chatki do jeziora to prawdziwa rzeźnia. Idzie się cały czas pod górę, stromo, przez wiele godzin. Słońce prażyło niemiłosiernie, choć powietrze zrobiło się naprawdę chłodne. Spaliśmy na wysokości mniej więcej 2700 m n.p.m. Jezioro Ala Kul leży na 3532 m n.p.m. Wejść ponad osiemset metrów wzwyż, z ciężkimi plecakami i po trudnym szlaku, to nie całkiem przelewki. Cieszyłam się, że przynajmniej jesteśmy zaaklimatyzowani. Szlak robił się coraz bardziej tłoczny - wędrowały głównie grupy z przewodnikami, i widać było, że niektórym bardzo brakuje tchu, mimo że nieśli tylko małe plecaczki. Przewodnicy i tragarze natomiast pomykali pod górę w kiepskich butach i z wielkimi pakunkami na plecach - widziałam jednego, który do ogromnego plecaka miał przywiązaną pięciolitrową butlę oleju! My nie mieliśmy problemów z oddychaniem, ale szło nam się coraz trudniej, tym bardziej, że ścieżki właściwie nie było - trzeba było przełazić przez głazy, brnąć w drobnych kamykach, przedzierać się przez kłujące krzewy i ślizgać po stromych skałach.

      Pewnie im się nie spodoba, że to wstawiam, ale cóż - tak właśnie wyglądali wtedy. Ja zapewne jeszcze gorzej, ale na szczęście to ja niosłam aparat i nie mogli mi robić zdjęć!

      Widoki za to zapierały dech w piersiach równie skutecznie jak wysokość. Gdyby nie zmęczenie i ostre słońce, pewnie nie chowalibyśmy aparatów, jednak w zaistniałych okolicznościach zrobienie zdjęcia wymagało mobilizacji całej siły woli. Za nami coraz dalej i coraz niżej zostawała zacieniona Dolina Karakolska. Przed nami lśnił w słońcu wodospad, zaś otoczenie robiło się surowe i szare. Świstaki ostrzegały o naszym nadejściu gwizdaniem, wkrótce zaś zostały tylko nieliczne ptaki, w tym majestatyczne orły krążące tuż nad naszymi głowami. Szliśmy z trudem, przystając co kilkanaście kroków. Nie tylko my byliśmy zmęczeni. Mijaliśmy co chwilę niemiecką rodzinę, która miała zamiar się wspinać. Wydawali się jeszcze gorzej znosić wędrówkę niż my. Wyprzedzali nas tylko miejscowi, na których stromizna i brak bezpiecznych miejsc na stopy nie robiły wrażenia.

      Wreszcie dotarliśmy do ostatniego już zbocza. Przyjrzyjcie się - po lewej stronie zdjęcia widać grupę prowadzoną przez przewodnika. Te góry naprawdę są wielkie, a dotarcie do miejsca, w którym oni są na zdjęciu, mogło nam zająć sporo czasu - po tych kamykach nie chodzi się łatwo.


      Czekało nas jeszcze piętnaście minut naprawdę stromego podejścia i wreszcie zza zbocza wyłoniło się jezioro. Zielonkawe, niewielkie, ale i tak zachwycające jezioro Ala Kol.

      W samą porę. Pogoda zaczęła się znowu psuć, a nie chciałabym iść po tych kamieniach w deszczu. Nad jeziorem było bardzo zimno - wiał przenikliwy wiatr, słońce się schowało, a my byliśmy zmęczeni i przez to tym bardziej zmarznięci. Schowani za namiotem zjedliśmy coś, po czym po krótkim zastanowieniu postanowiliśmy, że dalej już dzisiaj nie pójdziemy. Po okrążeniu jeziora trzeba się jeszcze wspiąć na przełęcz, a my (a zwłaszcza Ola) mieliśmy już dość podchodzenia pod górkę na dzisiaj. Wprawdzie nocleg nad jeziorem był w planach w czterodniowej wersji, ale na szczęście na wszelki wypadek nieśliśmy ze sobą zapas jedzenia na dodatkowy dzień - gdyby więc nie udało nam się jutro zejść na sam dół, mogliśmy zdecydować się na dodatkowy nocleg w górach. Byłam jednak dobrej myśli - trasa powrotna jest wprawdzie długa, ale przecież prowadzi w dół. Nie może być równie męcząca, co dzisiejsze podejście!

      Zresztą nad jeziorem po prostu nam się podobało. Sami popatrzcie, czy to nie jest bajeczne miejsce na nocleg?

      Ala Kol bywa intensywnie szmaragdowe przy dobrej pogodzie. My obejrzeliśmy jego bardziej stonowaną, zielonkawą wersję. Jest zresztą dużo większe, niż się wydaje - rozciąga się jeszcze za zakrętem, a z namiotu widzieliśmy mniej więcej połowę jego powierzchni.

      Było bardzo zimno, owszem, i oczywiście padało, jednak byliśmy tak zmęczeni i tak dobrze już przystosowani do tego namiotowego życia, że spaliśmy całkiem twardo, a rano z nową energią wyruszyliśmy na ostatni odcinek trasy. Gdy tylko okrążyliśmy jezioro, naszym oczom ukazał się cudowny widok na schodzący z gór lodowiec i wijącą się rzekę.

      Dzisiaj nie było już tak ładnie - cały czas mżyło, a powietrze było nadal bardzo chłodne. Mieliśmy sporo szczęścia - tego wieczoru spadł tam śnieg, zasypując całą wyżej położoną część szlaku!

      W połowie podejścia na przełęcz pogratulowałam sobie decyzji noclegu nad jeziorem. To podejście, po całym wczorajszym dniu, byłoby chyba gwoździem do trumny. Bylibyśmy wykończeni, a dzisiaj mogliśmy spokojnie się wdrapać na 3800 m n.p.m., mimo że było znowu stromo i nieprzyjemnie.


      Widać zresztą po twarzach, że jest dużo łatwiej niż poprzedniego dnia...

      Z przełęczy widok na jezioro oszałamia. Mnie oszołomił na tyle, że nawet nie zauważyłam kropli deszczu na obiektywie.

      Stąd czekał nas już niemalże spacer - jedynie piętnaście kilometrów, do miejscowości Altyn Arashan, w której mieliśmy zakończyć nasz trek. Najpierw jednak trzeba było zejść w dolinę. Zostaliśmy uprzedzeni, że łatwo nie będzie - podobno niejeden zmęczony wędrowiec skręcił sobie już kostkę na tej śliskiej stromiźnie. Bez kijków trekkingowych byłoby naprawdę ciężko, zwłaszcza na początkowym odcinku.

      Kolejne kilometry płyną przyjemnie. O ile wczorajsza trasa przypominała kanadyjskie góry skaliste, dzisiaj czujemy się, jakbyśmy wędrowali przez Szkocję. Zbocza gór są porośnięte trawą, zaczynają pojawiać się stada owiec, i tylko wyłaniające się momentami ośnieżone szczyty przypominają, że jesteśmy w wysokim Tian Shanie. Idzie się wreszcie przyjemnie i łatwo. Oczywiście do czasu...

      W pewnym momencie dochodzimy bowiem do rzeki, która prawdopodobnie zazwyczaj jest płytka i spokojna, ale nie teraz, po kilku deszczowych tygodniach. Zastanawiamy się, czy na pewno idziemy dobrą drogą, przejścia przez rzekę bowiem nie widać. Na szczęście spotykamy parę Izraelczyków, którzy idą z przewodnikiem. Podpatrujemy, którędy on przechodzi przez rzekę i w ślad za nim przeskakujemy po śliskich kamieniach.

      Wiemy z mapy, że powinniśmy trzymać się mniej więcej rzeki, ale okazuje się to trudne. Droga robi się gliniasta i bardzo śliska, momentami jest tak stromo, że trudno jest nie zjeżdżać na pośladkach. W dodatku ścieżki zaczynają się krzyżować i nie widać, która z nich doprowadzi nas w najprostszy sposób do celu. Postanawiamy iść w ślad za Izraelczykami, którzy zresztą czekają na nas na skraju lasu. Ich przewodnik przejął się naszym losem i postanowił się upewnić, że nie tylko nie zgubimy się, ale też nie spadniemy do rzeki podczas jej ponownego przekraczania. Po dotarciu do mostu zaczynam podzielać jego niepokój!

      Nie jest jednak tak źle - gdyby nie deszcz, przejście byłoby bułką z masłem, niestety, pnie są bardzo śliskie i trzeba być niesamowicie ostrożnym, żeby nie spaść. Zaczynamy zresztą czuć zmęczenie. Za nami już kilkanaście kilometrów, z czego kilka po płynącej niemalże glinie. Kiedy znienacka pojawia się ulewny deszcz, jest nam już wszystko jedno. Ostatnie kilometry pokonujemy chyba siłą woli, głodni, ale zdecydowani, że na jedzenie zatrzymamy się dopiero w wiosce.

      Na widok kilku domów, które składają się na Altyn Arashan, ogarnia nas ulga - zaraz schowamy się pod dachem i wysuszymy. Ja czuję jednak żal. Dobrze mi było w tych dzikich górach. Chętnie zawróciłabym, żeby przejść tę trasę jeszcze raz, albo pójść gdzie indziej, w jakąś dalszą dolinę. Może kiedyś - teraz zwycięża rozsądek. Pogoda nie nastraja do wędrówki do Karakol. Pytamy pierwszego napotkanego człowieka, a ten kiwa głową i mówi, że tak, może nas zabrać do miasta za jakieś półtorej godziny, bo i tak tam jedzie. Idealnie - jeszcze dzisiaj znajdziemy się w naszym yurt campie. Ola zaczyna już planować, co pysznego zje na kolację. Nie wiemy, że do Karakol dotrzemy dopiero późno w nocy, bo kilkunastokilometrowa jazda do miasteczka okaże się jednym z bardziej interesujących przeżyć drogowych w historii wszystkich naszych podróży. Ale o tym jeszcze opowiem!


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Na trekkingu w górach Tian Shan”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      padma
      Czas publikacji:
      piątek, 11 września 2015 00:39
  • niedziela, 30 sierpnia 2015
    • Pustynia i góry, czyli co robić w zachodnim Xinjiangu

      Są takie nazwy, których brzmienie wywołuje we mnie dreszcz emocji. Samarkanda, Timbuktu, Karakorum - jako dziecko wyszukiwałam je na mapach, wyobrażając sobie niezwykłe i pełne przygód podróże. I choć były to czasy, w których trudno było przekroczyć jakąkolwiek granicę, nigdy nie wątpiłam, że kiedyś będę podróżować do tych właśnie, wymarzonych, egzotycznych miejsc. W końcu kto zabroni dziecku marzyć?

      Pustynia Takla Makan była jednym z tych miejsc. Czyż bowiem ta nazwa nie brzmi niesamowicie? Druga największa piaszczysta pustynia świata, której powierzchnia bliska jest powierzchni Polski, przez setki lat była postrachem wędrowców przemierzających Jedwabny Szlak. Piaszczyste wydmy pogrzebały zapewne tysiące karawan. Zajmuje ona cały środek prowincji Xinjiang, a otaczają ją rejony bynajmniej nie bardziej przyjazne dla wędrowców. Potężne łańcuchy górskie - Karakorum, Tien-szan i Kunlun, zamykają wszelkie szlaki od północy, zachodu i południa. Na wschodzie rozpościera się kolejna pustynia, czyli Gobi. Nawet dzisiaj podróż tędy nie jest łatwa, strach więc pomyśleć, z czym musieli się mierzyć choćby wiktoriańscy odkrywcy, szpiedzy biorący udział w Wielkiej Grze, czy też poszukiwacze przygód.

      Jechaliśmy do Xinjiangu na krótko, traktując ten wyjazd rekonesansowo. Chciałam zobaczyć, jak tam jest, czy warto pojechać tam na dłużej i jak się do takiego poważniejszego wyjazdu przygotować. Jednak nawet mając w planach tylko niedługi pobyt w okolicach Kaszgaru, nie mogłam darować sobie choćby krótkiego wypadu na pustynię Takla Makan - jestem pewna, że to rozumiecie.

      Powiem od razu, że naszą pustynną wycieczkę trudno uznać za specjalnie udaną. Na szczęście jednak pustynię zobaczyłam - dotknęłam piasku, a nawet przejechałam się na wielbłądzie. Trzeba przyznać, że mało brakowało, a by się to nie udało, i to bynajmniej nie dlatego, że okoliczności nie sprzyjały. Okazało się, że drugą największą piaszczystą pustynię świata może być trudno znaleźć...

      Postanowiliśmy bowiem nieco zaoszczędzić (zły pomysł, od razu wam go odradzam) i nie płacić strasznych kwot za porządnie zorganizowany, dwudniowy wypad. Podejrzewaliśmy, nauczeni dotychczasowymi doświadczeniami z chińskimi agencjami, że nawet pozornie niezła agencja nie sprosta naszym oczekiwaniom, a ceny takich wycieczek z Kaszgaru były naprawdę absurdalne. Oczywiście, można po prostu wynająć samochód z kierowcą i po prostu dać się na pustynię zawieźć, można też przejechać się autobusem po trasie przecinającej Takla Makan, Chińczycy dali bowiem radę taką zbudować! Niestety, nieopatrznie wspomniałam kiedyś Oli, że można też wybrać się na wycieczkę na wielbłądach, w związku z czym każda inna opcja spotykała się z ostrym sprzeciwem Młodej. No trudno, chcieliśmy tylko tę pustynię pomacać, ale niech będą wielbłądy...

      Bo zapoznaniu się z cenami w agencji turystycznej, spytaliśmy w naszym hostelu, czy nie byliby w stanie zorganizować takiej wycieczki nieco taniej. Byli. Zamówili nam kierowcę, który miał nas dowieźć na skraj pustyni, do ludzi, którzy mają wielbłądy i pozwolą nam się na nich przejechać. Bez problemu znaleźliśmy też w hostelu innych chętnych, dzięki czemu całość zrobiła się całkiem przyjemna cenowo. Kierowca przyjechał wcześnie rano i w dobrych nastrojach wyruszyliśmy w stronę dawnej oazy, czyli położonego na skraju pustyni miasta Yarkand.

      Na pustyni Takla Makan

      Towarzystwo było wesołe - mieszkająca na stałe w Szanghaju Brytyjka, rozpoczynająca dopiero ponad roczną podróż Austriaczka i jeżdżący po Chinach Szwajcar. Opowiadaliśmy sobie popularne w naszych krajach dowcipy i czas szybko mijał. Po mniej więcej trzech godzinach dotarliśmy do Yarkand, przekonani, że wkrótce zobaczymy ciągnące się po horyzont wydmy. Cóż, dobrze, że nie wiedzieliśmy wtedy, ile jeszcze czasu upłynie, zanim zobaczymy choć odrobinę piasku.

      Kierowca zaczął bowiem błądzić. Przejechał przez miasto, pokręcił się po bocznych dróżkach, zaczął pytać o drogę, a kiedy po raz kolejny przejechał przez tę samą rzekę, zdaliśmy sobie sprawę, że nie wie, dokąd jedziemy. Każdy zapytany przechodzień machał ręką w innym kierunku, a nasz kierowca słuchał wszystkich. Wszystkich! Czyli jeśli ktoś machnął w prawo, jechał w prawo, choć dwie minuty wcześniej inna osoba machała w lewo. Mapy nie miał nikt, a kierowca, jak się później przekonaliśmy, nie potrafił czytać chińskich znaków. Niestety, nie wszędzie były tablice po ujgursku, zresztą wkrótce wjechaliśmy w takie rejony, w których tablic nie było wcale.

      Minęła godzina, potem druga, a pustyni wciąż nie było widać. Obejrzałam z niedowierzaniem mapę - w okolicach Yarkand pustynia jest dosłownie wszędzie - nie trafić na nią wydawało się całkowitym absurdem! Po sześciu godzinach spędzonych w samochodzie zaczęło nam być wszystko jedno. Poczułam, że rozumiem podróżników, którym pustynia odbierała chęć do życia - mi się nic już nie chciało, a nawet jej jeszcze nie zobaczyłam!

      Wreszcie stał się cud. Kolejne osoby zaczęły machać w tym samym kierunku, drzewa rosnące po obu stronach drogi zaczęły być coraz bardziej zakurzone, aż nagle dotarliśmy do końca drogi. Przed nami wznosił się spory, pusty budynek, a za nim nie było już nic oprócz piasku!

      Wbrew zapewnieniom chłopaka z hostelu nikt tam na nas nie czekał (tak naprawdę to im się nie dziwię), a cenę przejażdżki musieliśmy ostro negocjować. Po tylu godzinach drogi nie zamierzaliśmy jednak odpuścić i po interwencyjnym telefonie do Kaszgaru udało się uzyskać cenę, jaką nam wcześniej obiecano. Panowie wprawdzie stwierdzili wtedy, że oni tym zwierzakom nie ufają i nie mają zamiaru trząść się na ich grzbietach, ale my, dziewczyny, nie odpuściłyśmy. Osiodłano nam cztery wielbłądy i wyruszyłyśmy prosto w piach.

      Wprawdzie okazało się, że obrzeża pustyni całkiem jałowe nie są, a na wydmach rośnie sporo krzaczków, ale jedno spojrzenie w stronę horyzontu wystarczało, by wyobraźnia zaczęła działać. W końcu tego piachu było tam więcej, niż jest z Gdańska do Zakopanego!

      Sama przejażdżka to nic specjalnego - najfajniejsze było schodzenie ze stromych wydm. Łukasz, który chodził w pobliżu pieszo, wypatrzył takie wtapiające się w tło jaszczurki.

      Żałowałam, że nie zdecydowaliśmy się pojechać do Hotanu, w okolicach którego pustynia wygląda bardziej imponująco. Tam też pogrzebane są ruiny miast, w których niegdyś zatrzymywali się strudzeni wędrowcy i z których zachodni archeolodzy wywieźli tysiące skrzyń pełnych skarbów. Cieszę się jednak, że udało nam się dotrzeć chociaż do tego skraju pustyni i spełnić jedno z dziecięcych marzeń.

      Shipton's Arch

      Góry otaczające Kaszgar skrywają w sobie zapewne wiele tajemnic. Niesamowite jest choćby to, że coś tak spektakularnego jak najwyższy łuk kamienny na świecie zostało odkryte niecałe siedemdziesiąt lat temu. W dodatku odkrycie to zostało niejako zapomniane, przynajmniej w świecie zachodnim, i dopiero w 2000 roku wyruszyła sponsorowana przez National Geographic ekspedycja, mająca na celu pierwsze wejść na łuk i niejako ponowne odkrycie go dla obcokrajowców. Jeszcze kilka lat temu nikt tam nie jeździł - szlak wytyczono podobno w zeszłym roku, w tym zaś zbudowano w kilku miejscach ułatwiające wędrówkę schody. Turystów jest wciąż niewielu, zarówno zagranicznych, jak i miejscowych. Jednak, jak to w Chinach, widać, że miejsce wkrótce zacznie być tłumnie odwiedzane - jest już zresztą przygotowany wielki parking i spory budynek, w którym sprzedawane są bilety wstępu na szlak. Na szczęście wszystko to świeci jeszcze pustkami.

      Samo miejsce zapiera dech w piersiach. Łuk nazwany na cześć odkrywcy, brytyjskiego wspinacza i podróżnika, Erica Shiptona, należy do takich miejsc, których po prostu nie da się dobrze sfotografować. Jak oddać majestat tego miejsca, świdrującą wręcz ciszę, niesamowitą pustkę i ciągnące się po horyzont góry? Jak zmieścić w kadrze łuk skalny, pod którym zmieściłby się nie tylko Pałac Kultury, ale także Empire State Buliding? Łuk wznosi się bowiem na mniej więcej 500 metrów, zaś "dziura" przez niego utworzona ma około 400 metrów wysokości.

      Wędruje się do niego mniej więcej przez godzinę. Trasa prowadzi wyschniętym korytem rzeki, a następnie zaczyna się wspinać między rudymi skałami, po kamiennych osuwiskach. Gdy dochodzi się do miejsca, z którego widać wreszcie łuk, można przeżyć rozczarowanie. Z oddali wydaje się on mało imponujący, a pogłoski o wysokości nieco przesadzone.

      Kiedy jednak podejdzie się całkiem blisko, łuk nagle się odsłania, a zaskoczonemu wędrowcowi zaczyna brakować tchu - nie tylko z powodu wspinaczki po kamieniach, ale przede wszystkim z wrażenia. Żaden kadr nie jest w stanie pomieścić całości, można więc schować bezużyteczny aparat, usiąść i wpatrywać się w ten cud natury. Powietrze drga, wokół latają żyjące w tym surowym otoczeniu kruki, słońce chowa się powoli za łukiem, czas się zatrzymuje.


      Nie dziwię się, że pierwsi odkrywcy nie mogli tu dotrzeć. Widzieli łuk z daleka, z odległości kilkunastu kilometrów, błądzili jednak wśród skał, natykając się na przeszkody nie do przebycia. Udało im się dopiero przy czwartej próbie, kiedy zrezygnowali z podejścia od południa i postanowili spróbować od północy. Chętnie przemierzyłabym choć kawałek tych gór piechotą, z namiotem, na razie jednak jest to bardzo trudne.

      Xinjiang kryje wiele takich klejnotów. Niepokoje na tle etnicznym sprawiają, że Chińczycy nie promują tego regionu, i może to nawet dobrze. To wciąż dzikie okolice, zamieszkane przez przyjaznych ludzi, pełne miejsc, do których turyści prawie nigdy nie docierają. Nam udało się go zaledwie dotknąć, poskrobać po powierzchni, a i tak jesteśmy zafascynowani. Wielobarwne góry, niektóre pokryte wiecznym śniegiem, inne zawsze gorące, miasta pogrzebane pod piaskiem pustyni, wysokogórskie łąki, rwące rzeki - tak wygląda Xinjiang. Mieszkają tu Ujgurzy, Kazachowie, Tadżykowie, Kirgizi i oczywiście Chińczycy. Mówią wieloma językami, jedzą niesamowicie różnorodne i smaczne jedzenie. Rosną tu najlepsze melony świata, a dzięki bujnie owocującej winorośli produkuje się tu słodkie wino. Warto było pokonać biurokratyczne przeszkody i przejechać przez wysokie przełęcze, by tu dotrzeć. Mam nadzieję, że tarcia polityczne oszczędzą ten region, a kultura ujgurska przetrwa. Że mimo budowy nowych dróg, przyroda pozostanie tu dzika i piękna. I mam nadzieję, że tam wkrótce wrócę!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Pustynia i góry, czyli co robić w zachodnim Xinjiangu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      padma
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 sierpnia 2015 23:28
  • niedziela, 23 sierpnia 2015
    • Powódź na Karakorum Highway

      Dlaczego właściwie wybraliśmy się do Chin, zamiast poświęcić cały miesiąc na góry Kirgizji? Pomijając moją wciąż się rozwijającą fascynację krajem Środka i jego językiem, przede wszystkim chcieliśmy zobaczyć jedno miejsce - Karakorum Highway, najwyżej położoną utwardzoną drogę na świecie. Przynajmniej tak się zazwyczaj mówi, bo z tym utwardzeniem to różnie bywa, jak się przekonaliśmy na własnej skórze.

      Karakorum Highway to droga legendarna, taka, o jakiej śniłam będąc nastolatką w PRLu. 1300 km szosy prowadzi przez tereny dzikie i piękne, w dodatku niezbyt stabilne politycznie. Trasa z chińskiego Kaszgaru do pakistańskiego Abbottabadu przebiega bowiem w bliskości wielu terenów spornych - pogranicza Indii, Chin, Pakistanu i Tadżykistanu. W jej bezpośrednim sąsiedztwie leży drugi najwyższy szczyt świata - K2. Niestety, nie da się go zobaczyć z szosy, choć podobno po pakistańskiej stronie widać z drogi Nanga Parbat. Jednak sama świadomość, że te potężne góry są tak blisko, działa na moją wyobraźnię - mam zresztą nadzieję, że kiedyś wybiorę się na trekking w ich stronę.

      Nasz cel był dość skromny. Chcieliśmy dojechać do jeziora Karakol, położonego niecałe 200 km od Kaszgaru, na wysokości 3600 m n.p.m. Jezioro otaczają trzy siedmiotysięczniki, pięknie się prezentujące w pogodny dzień. W jego sąsiedztwie stykają się trzy pasma górskie - Pamir, Tian Shan i Kunlun. Wprawdzie do Kaszgaru dochodziły wieści o kiepskiej pogodzie w górach, ale nie zamierzaliśmy się łatwo poddać. Do spółki z poznanym w Kaszgarze Winstonem z Nowego Jorku wynajęliśmy samochód z przezabawnym i gadatliwym kierowcą i postanowiliśmy dotrzeć do jeziora i spędzić nad nim chociaż jedną noc, choćby nawet lało i wiało.

      Można powiedzieć, że sami prosiliśmy się o kłopoty.

      Zaczęło się dobrze - dojechaliśmy do niewielkiej wioski Upal, zjedliśmy śniadanie -świeciło słońce, samochód i kierowca robili pozytywne wrażenie. Wprawdzie zadzwonił do nas chłopak z hostelu, żeby nas poinformować, że podobno droga jest w jednym miejscu zablokowana ze względu na wczorajsze opady deszczu, ale dodał, że roboty trwają, a policja twierdzi, że jest szansa na odblokowanie trasy w ciągu kilku godzin. Nie zmartwiliśmy się więc, kiedy istotnie dojechaliśmy do blokady. Panowała atmosfera piknikowa - stało tu już mnóstwo samochodów osobowych, ciężarówek, a nawet autobus z Kaszgaru do Taszkorgan. Trochę zaczęły nam miny rzednąć, gdy godzinę później nic się nie zmieniło. Dwie godziny później autobus zawrócił do Kaszgaru, a w ślad za nim odjechały też niektóre minibusy i osobówki. Potem zaczęło padać, ale twardo czekaliśmy. Nasza cierpliwość została nagrodzona - szosa wreszcie została odblokowana i mogliśmy ruszać w dalszą drogę. Kierowca lojalnie uprzedził nas, że asfalt zaraz się skończy i zacznie być ciężko, ale przecież zostało nam tylko trochę ponad 100 kilometrów.

      No cóż - godzinę później byliśmy kilkanaście kilometrów dalej, a nasz samochód wyglądał tak:

      Okazało się, że monsunowe deszcze docierają aż tutaj, a droga utwardzona była tylko przez pierwsze 80 km. Chińczycy budują nową szosę, prowadzącą mniej więcej wzdłuż istniejącej, ale będzie gotowa dopiero za trzy lata. Zresztą budowa drogi w tamtych rejonach to nie lada wyzwanie - podczas prac nad istniejącą już szosą zginęło prawie 900 osób - głównie z powodu osuwisk kamieni i powodzi.

      Widoki z drogi prawdopodobnie są oszałamiające - prawdopodobnie, ponieważ nad nami wisiały niskie chmury, a obecności ośnieżonych szczytów można było się tylko domyślać. Mimo to otoczenie robiło wrażenie. Otaczały nas krajobrazy nieprawdopodobnie surowe, monochromatyczne wręcz, a chwilami rozstępujące się chmury odsłaniały fantastyczne faktury.

      Trudno uwierzyć, że żyją tam ludzie, zresztą ich chatki są tak wtopione w tło, że trudno je było czasem zauważyć.


       

      Szybko okazało się też, że deszcze nie tylko zmyły asfaltowy fragment szosy, ale także dość mocno utrudniły przejazd górskim odcinkiem. W wielu miejscach droga wyglądała tak:

      Na szczęście okazało się, że nasz kierowca słusznie zrobił na nas dobre wrażenie i choć jechaliśmy zwykłym samochodem osobowym, udało nam się przejechać właściwie bez problemów. Aczkolwiek trwało to wszystko wieki! Nad jezioro dotarliśmy po dziesięciu godzinach - tyle czasu zajęło nam pokonanie niecałych dwustu kilometrów...

      Byliśmy tak zmęczeni długą jazdą, że nie doceniliśmy prezentu, który sprawił nam los. Popatrzyliśmy zaledwie przez chwilę na wyłaniającą się z chmur górę Muztag Ata (7546 m n.p.m.) i zamiast wyciąga aparaty, poszliśmy do jurty na herbatę. Naiwnie liczyliśmy, że nazajutrz rano widoczność będzie jeszcze lepsza. Niestety, okazało się, że było to jedyne kilka minut, w trakcie których można było zobaczyć cokolwiek, nie mogę wam więc pokazać, jak majestatyczna i piękna jest to góra. Chmury przetaczały się po okolicznych szczytach przez cały wieczór, nam zaś pozostało tylko obserwowanie fragmentów zboczy, które wyłaniały się od czasu do czasu.

      Nad jeziorem nie jest tak dziko, jak się spodziewaliśmy. Wzdłuż brzegów widać sporo jurt - mieszkają tu głównie Kirgizi. Kierowca zabrał nas do swoich znajomych na kolację, będącą połączeniem chińskich i kirgiskich smaków. Po krótkim odpoczynku w jurcie uciekliśmy jednak nad jezioro, by rozstawić namiot zanim się ściemni.

      Nie mieliśmy czasu na oddalenie się od szosy, dzięki czemu kiedy rano otworzyłam oczy i wystawiłam głowę z namiotu, by sprawdzić, jak wygląda niebo, przekonałam się, że po Karakorum Highway kursują nie tylko samochody.

      Całą noc padało i ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu rano wszystko było zasnute chmurami. Pożałowaliśmy, że nie zaplanowaliśmy jeszcze jednej nocy nad jeziorem. Dotychczas mieliśmy sporo szczęścia w kwestii pogody i straciliśmy czujność. Trudno - trzeba będzie kiedyś tu wrócić, zresztą zdecydowanie chciałabym w przyszłości przejechać dalszą część tej drogi.

      Nocny deszcz niósł ze sobą coś poważniejszego niż brak perspektyw fotograficznych - rozmyta już przecież wcześniej droga mogła okazać się całkowicie nieprzejezdna. Gdyby nie to, że nazajutrz była niedziela, a w niedzielę chcieliśmy koniecznie zobaczyć targ zwierząt w Kaszgarze, pewnie uleglibyśmy sugestiom kierowcy, który proponował przesunięcie powrotu na kolejny dzień. Nie było jednak gwarancji, że kolejna noc nie będzie równie deszczowa, postanowiliśmy więc spróbować dostać się do Kaszgaru, licząc się z tym, że być może gdzieś utkniemy.

      I chyba nie muszę dodawać, że oczywiście utknęliśmy?

      Ulewa sprawiła, że już wcześniej przepełnione górskie strumienie wystąpiły z brzegów. Zresztą nie jest to chyba na Karakorum Highway czymś niezwykłym. Szosa jest podmywana i zalewana regularnie, zaś miejscowi są przyzwyczajeni do tego, że często przez kilka dni z rzędu nie można nią przejechać. Na szczęście to Chiny, a w Chinach rąk do pracy nie brakuje. Dwa lata temu w Syczuanie czekaliśmy zaledwie kilka godzin na wybudowanie mostu. Tym razem naprawdę poważnie zalana droga została doprowadzona do stanu względnej przejezdności także w ciągu kilku godzin. Względnej, bo momentami jechało się przez taką wodę (widok z samochodu):

      Droga powrotna znowu zajęła nam prawie dziesięć godzin. Nie wiem, jak to możliwe, że niektóre agencje turystyczne w Kaszgarze oferują jednodniowe wycieczki nad jezioro Karakol - moim zdaniem to po prostu niewykonalne.

      Mimo że nie zobaczyliśmy ośnieżonych szczytów siedmiotysięczników, a droga trwała dłużej niż sam pobyt nad jeziorem, nie żałuję. Słynna szosa robi porażające wrażenie - to wąska nitka prowadząca przez potężne, posępne góry, między osypującymi się skałami, błotnistymi przeprawami przez strumienie, wzdłuż przepaści. Nawet w kiepskiej pogodzie są miejsca, które wyglądają jak inna planeta, na przykład graficzna piaskowa góra, do której dociera się po pokonaniu dwóch trzecich drogi.

      W lepszej pogodzie warto zresztą pojechać tą szosą kawałek dalej, do przygranicznego miasteczka Taszkorgan, a nawet do samej granicy (warto sprawdzić, czy nie jest do tego konieczne specjalne pozwolenie, jako że przepisy zmieniają się jak w kalejdoskopie). A szczęśliwi posiadacze wizy pakistańskiej mogą pokonać całe 1300 kilometrów. Może kiedyś...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Powódź na Karakorum Highway”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      padma
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 sierpnia 2015 21:40
  • piątek, 07 sierpnia 2015
    • Kaszgaria - kraina między światami

      Podróżując przez różne obce krainy nie mamy tak naprawdę szans, żeby coś naprawdę poznać i zrozumieć. Jesteśmy wszędzie tylko na chwilę - możemy tylko patrzeć, zatrzymując pod powiekami obrazy. Wracają potem, często po wielu miesiącach. Zamykam oczy i widzę parującą dżunglę, dzieci bawiące się na zalanych słońcem podwórkach, kurz unoszący się nad drogą przez step. Teraz dołączą do nich obrazy Kaszgaru i jego okolic - migawki z tajemniczej krainy, w której czas się zatrzymał i w której wciąż można poczuć powiew Jedwabnego Szlaku.


      Kaszgar to położone na zachodzie chińskiej prowincji Xinjiang (po polsku Sinkiang) miasto zamieszkane głównie przez Ujgurów. Kaszgaria, tak bowiem nazywana jest ta część Xinjiangu, to kraina obramowana przez wysokie góry, lodowce i rwące rzeki, której sporą część pokrywa pustynia Taklamakan- druga co do wielkości piaszczysta pustynia świata. Kaszgar był przez tysiąclecia ważnym przystankiem na Jedwabnym Szlaku i do dzisiaj działa tu ogromny bazar, a w każdą niedzielę mieszkańcy całej okolicy zjeżdżają na targ, na którym sprzedawane są zwierzęta - owce, krowy, konie, a nawet jaki.

      Dzisiaj to miasto pomiędzy światami, położone w Chinach, ale ujgurskie, pełne kobiet w chustach i brodatych mężczyzn w małych czapeczkach. Napisy są dwujęzyczne, kuchnia podobna do tureckiej, a po mandaryńsku trudno się porozumieć. Chiński rząd oferuje różne rzeczy Chińczykom Han, żeby ich zachęcić do przeprowadzki do Xinjiangu, na razie jednak ta część prowincji zachowuje dość wyraźną odrębność etniczną.

       


      Aby tu dotrzeć, trzeba się nieco natrudzić, pokonując wysokie przełęcze i chińską biurokrację. Warto jednak podjąć ten wysiłek, Xinjiang jest bowiem obłędnie piękny, a sam Kaszgar potrafi zauroczyć. Wąskie uliczki starego miasta tętnią życiem i choć nie jest to oryginalna starówka - ta została wyburzona i odbudowana w nieco bardziej nowoczesny sposób, miejsce sprawia wrażenie przeniesionego żywcem z jakiegoś dziewiętnastowiecznego arabskiego miasta. Na ulicach działają różne warszaty, sprzedawcy handlują owocami, smażone są szaszłyki i pieczone okrągłe chleby nan.


      W każdą niedzielę w Kaszgarze odbywa się targ, na którym ludzie z całej okolicy handlują zwierzętami. Można tu kupić owcę, kozę, konia, a nawet jaka albo wielbłąda. Pełna relacja kiedyś, bo zdjęć tam zrobiliśmy mnóstwo! W samo południe ;-

       

       

       Co ciekawe, stosunkowo dużo jest w Kaszgarze turystów, oczywiście nieporównywalnie mniej niż w innych miejscach w Chinach, ale i tak sporo, zważywszy, jak bardzo chiński rząd utrudnia przyjazd tutaj. Xinjiangu nie można wymienić na wniosku wizowym, a przecież atrakcji tu co niemiara. My postanowiliśmy wybrać się zarówno w góry Karakorum, jak i na pustynię wracając jednak co chwilę do Kaszgaru.




      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kaszgaria - kraina między światami”
      Tagi:
      Autor(ka):
      padma
      Czas publikacji:
      piątek, 07 sierpnia 2015 11:37
  • niedziela, 02 sierpnia 2015
    • Przez chińską granicę z przemytnikiem

       

      Przez chińską granicę przewiózł nas przemytnik. Jechaliśmy z kilkunastoma olbrzymimi arbuzami i kilkudziesięcioma skrzynkami z gruzińskim winem. Brzmi dramatycznie? W rzeczywistości było całkiem nudno, może poza momentem w odludnym zaułku, kiedy to nasz przewoźnik pozbywał się ładunku.

      Zanim jednak do tego dojdzie, musimy wydostać się z gór. Jak to my, nie wybraliśmy najprostszej drogi. Podczas gdy reszta osób, które przyjechały z nami z Osz wróciła po prostu do miasta, my poprosiliśmy miejscową rodzinę o użyczenie koni i przewiezienie nas przez rzekę. Po drugiej stronie wąwozu leży bowiem obóz, z którego wspinacze wyruszają na Pik Lenina (Peak Lenin Base Camp).

      Dogadaliśmy się, że dostaniemy dwa konie - pojadą na nich nasze plecaki i Ola, my zaś po przeprawie przez rzekę pójdziemy pieszo. Wyruszyliśmy rano, w pięknej, słonecznej pogodzie. 7134 metry Piku Lenina lśniły nad nami w słońcu.

       

      .

      Rzeka okazała się głębsza i bardziej wzburzona, niż nam się wydawało. Woda sięgała koniom do brzuchów. Było trochę nerwów, także później, kiedy konie wspinały się na strome zbocze i obluzowały im się juki. Wreszcie jednak znaleźliśmy się na ukwieconej łące i mogliśmy delektować się spacerem.

      Namiot rozbiliśmy obok jurty, na zaproszenie mieszkającej tam rodziny. Podobno aby przebywać w tym miejscu trzeba mieć specjalne pozwolenie na pobyt w strefie przygranicznej, na szczęście nikt nas o nie nie pytał.

       

      Spędziliśmy tam przyjemnie czas, rozmawiając ze wspinaczami stacjonującymi w jednym z agencyjnych obozów i fotografując tłuściutkie świstaki na okolicznych łąkach.

       

       Ola podarowała Malice i Manish zabawki, które dostała od Turkish Airlines. Dziewczynki bawiły się cały ranek.

       Cała niemalże rodzina postanowiła nas odwieźć do miasta. Babcia z dziadkiem założyli odświętne stroje na tę okazję. Poprosiliśmy o podwiezienie do nieco dalej położonej miejscowości - Sary Tash, ponieważ samtąd odchodzi szosa do Chin.


      Wysiedliśmy przy jedynym sklepie i od razu rzucił nam się w oczy różowy budynek - jedyna plama koloru w szarym Sary Tash. Szyld dumnie oznajmiał, że mieści się tam hotel, i po krótkim targowaniu dostaliśmy ogromny, wyłożony dywanami pokój z gratisem w postaci lisów wiszących na ścianach. Prysznic z wiaderka, po kilku dniach mycia w lodowatym strumieniu, był luksusem i prawie nie zwróciłam uwagi, że obok niego leżą kozie kopytka.


      Sary Tash to prawdziwa dziura - jest stacja benzynowa, dwa sklepy, w tym jeden zamknięty, i tyle. Praktycznie całe miasteczko widać na poniższym zdjęciu. Ludzie są jednak mili i rozmowni, a linię horyzontu wyznaczają ośnieżone szczyty Pamiru.


      Następnego ranka ustawiliśmy się przy tej właśnie szosie, by złapać stopa do granicy. Przekraczanie przełęczy Irkeshtam to większa zabawa, o której napiszę szczegółowo po powrocie - może się to komuś przyda, bo niewiele takich relacji jest dostępnych po polsku. Zresztą przed nami jeszcze podróż powrotna tą samą trasą. Na razie niech wam wystarczy, że cała zabawa trwała jakieś 10 godzin (od Sary Tash do Kaszgaru), jechaliśmy łącznie pięcioma pojazdami, a paszporty sprawdzano nam trzynaście razy! Wiecie już, że jeden z odcinków pokonaliśmy z chińskim przemytnikiem - do jego samochodu wsadził nas jego kumpel, chiński celnik, który się nad nami zlitował, kiedy okazało się, że wszystkie taksówki już odjechały. Pan okazał się rozmowny, chętnie sprawdzał moją znajomość chińskiego, radował nawiązaniem przyjaźni polsko-chińskiej i nie wziął od nas ani juana. A że przewiózł nas przez najdroższy kawałek drogi, tym samym sporo zaoszczędziliśmy i cała trasa kosztowała nas ok. 200 zł za 3 osoby (koszt autobusu na tej trasie to dla trzechosó sporo ponad 1000 zł).

      Do Kaszgaru dojechaliśmy więc wykończeni, ale zadowoleni. Nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze, że oto przybyliśmy do miasta, które stanie się jednym z naszych ulubionych miast świata.




       

       

       

       

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Przez chińską granicę z przemytnikiem”
      Tagi:
      Autor(ka):
      padma
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 sierpnia 2015 16:55
  • środa, 29 lipca 2015
    • Z kozą na koniu

       

      Dlaczego praktycznie od razu po przylocie popędziliśmy w wysokie góry, nie dając sobie czasu na odpoczynek? Nie tylko dlatego, że do tych gór tęskniliśmy. Wysoko w Pamirze, nad położonym na 3500 metrów nad poziomem morza jeziorze Tulpar-kul, zbierali sie już najlepsi jeźdźcy z całej doliny Alajskiej, by wziąć udział w zawodach. Nie mogliśmy tego przegapić.

      Nie jestem w stanie opisać dobrze tego wydarzenia, korzystając z padającego tableta i chińskiego internetu (tak, jesteśmy już w Chinach). Opowiem o nim porządnie po powrocie, ale tymczasem choć parę słów. W góry dotarliśmy z grupą turystów, którzy zebrali się w CBT - świetnej organizacji umożliwiającej korzystanie z usług miejscowych. Można za jej pośrednictwem łatwo znaleźć nocleg w czyimś domu lub jurcie, transport itp. My skorzystaliśmy z ich pomocy teraz - zapewnili transport z Osz prosto w góry i jedzenie na miejscu.

      Spaliśmy wśród ośnieżonych szczytów, niestety schowanych częściowo w chmurach. Było zimno i pięknie, mimo posępnej pogody. Wieczorem schowaliśmy się w jurcie, w której podano prostą kolację. Było bardzo wesoło w międzynarodowym towarzystwie. Rozmowy toczyły się w kilku językach, co zachwycało Olę.

      Rano czekał nas jeszcze kilometrowy spacer nad jezioro. Byliśmy zdumieni, widząc, jakie tłumy się tam gromadzą. Zjeżdżały się całe rodziny, rozklekotanymi samochodami i konno. Rozkładano koce, wszędzie było gwarno, kolorowo i wesoło. Nie mogłam się napatrzyć na piękno mieszkańców Pamiru. Oni zaś chętnie nas zagadywali, sypały się też zaproszenia do ich jurt. Sami popatrzcie, jacy są ładni!

       

       

       

       

       

      W południe w jurtach  zapraszano na tradycyjny obiad, z czego skorzystaliśmy, mając nadzieję na coś, czego jeszcze nie próbowaliśmy. Można powiedzieć, że sami się prosiliśmy, podano nam bowiem to:

       

      Po lewej kiełbasa zawierająca ryż z tłuszczem, po prawej przysmak specjalny: płuca marynowane w sfermentowanym mleku. O smaku powiem tyle - jeden kawałek wystarczy na całe życie...

      Po obiedzie przyszła pora na główny punkt programu, czyli zawody. Konkurencji było wiele, widownia bardzo zaangażowana. Widać było, że to także rywalizacja między wioskami i zwłaszcza panowie się emocjonowali. Co można było zobaczyć? Na przykład zapasy na koniach. Wiele emocji wywołała pogoń za dziewczyną - jeśli chłopcu udało się ją dogonić, mógł ją pocałować. Jeśli mu uciekła, mogła go smagnąć batem.

      Finał stanowiła narodowa rozrywka Kirgizów: mecz, w którym zamiast piłki używa się korpusu kozy. Konkretnie jest to po prostu martwa koza bez głowy, ciężka i nieporęczna. Celem jest wrzucenie jej do bramki zrobionej z opon, poza tym zasad chyba nie ma. W gorących chwilach włączali się do gry widzowie. Było ostro!

       

      Mieszkańcy Pamiru okazali się żywiołowymi, spontanicznymi i radosnymi ludźmi. Było tak niesamowicie, że udało mi się rozładować baterię w aparacie i wierzcie mi, znalezienie generatora prądu, żeby ją naładować w tych górach nie było zbyt łatwe!

      Następnym razem opowiem o przekraczaniu wezbranej rzeki, o jeździe przez granicę z chińskim przemytnikiem, a także  o tym, co znaleźliśmy pewnego wieczoru pod prysznicem. Przygód nam nie brakuje!

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Z kozą na koniu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      padma
      Czas publikacji:
      środa, 29 lipca 2015 19:21
  • piątek, 24 lipca 2015
    • Osz - bazar, słońce i szaszłyki

      Podróż do położonego na południu Kirgistanu Osz, drugiego co do wielkości i najstarszego miasta tego kraju, zajęła nam dwa dni. Lot liniami Turkish Airlines dostarczył dodatkowych atrakcji w postaci zgubionego plecaka. Co ciekawe, widzieliśmy go na lotnisku w Stambule, leżącego na płycie lotniska obok naszego samolotu. Poprosiliśmy nawet kogoś z obsługi lotniska o interwencję i usłyszeliśmy, że na pewno go załadują. Cóż, załadowali, ale do innego samolotu.

      Na pewno pomogło nam to się rozbudzić, jako że wylądowaliśmy o 1 w nocy naszego czasu. Czekając na plecak, który podobno leciał następnym samolotem, zawarliśmy znajomość z połową obsługi lotniska. Na szczęście plecak dotarł zanim przyszła pora na lot do Osz.

      Położone na południu Kirgizji Osz to stare miasto, zamieszkane głównie przez Uzbeków. Ta etniczna różnorodność była przyczyną zamieszek w 2010 roku. W porównaniu z tym, co pamiętam z naszej wizyty osiem lat temu, wydaje się, że na ulicach jest mniej Uzbeków, dziewczyny noszą bardziej nowoczesne ubrania, widać nawet krótkie spódnice. Wciąż jednak jest bardzo kolorowo i oryginalnie.


      W Osz znajduje się największy w tej części Azji bazar. Spędziliśmy cały dzień snując się po jego zakamarkach i odnajdując to, co zapamiętaliśmy - miód w plastikowych butelkach, bardzo aromatyczny, ogromne arbuzy i oczywiście szaszłyki.


      Powietrze pachnie i czuję od razu, że jesteśmy znowu w Azji. 

      A tymczasem jedziemy w Pamir!

       

       

       


       

       

       















      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Osz - bazar, słońce i szaszłyki”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      padma
      Czas publikacji:
      piątek, 24 lipca 2015 08:27
  • środa, 25 lutego 2015
    • Zimowy spacer doliną Kościeliska

      Tatry zimą to już nie zabawa. Choć bielutkie zbocza kuszą, nie odważyliśmy się pójść nigdzie wyżej - zagrożenie lawinowe było spore, mimo pięknej pogody, a może nawet częściowo z powodu słońca. Nie oznacza to jednak, że zimowe Tatry należy omijać z daleka - spacery w tatrzańskich dolinach też dają dużo radości, tym bardziej, że miejsca, które w innych porach roku są wciąż zatłoczone, zimą bywają niewiarygodnie puste.

      Postanowiliśmy więc, że pierwsza tatrzańska wycieczka naszej córki odbędzie się najpiękniejszą doliną Tatr Zachodnich. W Dolinie Kościeliska żadne z nas dotąd zresztą nie było, chcieliśmy więc zobaczyć miejsce, o którym Żeromski pisał tak:

      "Ładniejsze miejsce, jeśli jest na kuli ziemskiej – to niech sobie będzie. Dla mnie Dolina Kościeliska jest majstersztykiem przyrody."

      Zresztą piękno tej doliny uwieczniali w poezji i prozie liczni piewcy tatrzańskiej przyrody. Przy ich zgrabnych strofach czuję się onieśmielona, mogę tylko powtórzyć za Marią Steczkowską:

      "Na samą myśl, że mam opisać Dolinę Kościeliską, pióro wypada mi z ręki, gdyż zupełnie niezdolną się czuję, do oddania w słowach uroku i wspaniałości tego miejsca; czuję, że wszystko co bym powiedzieć mogła, będzie mdłym, bladym i niegodnym tej cudnej doliny."

      Dolina Kościeliska bowiem nie bez przyczyny uchodzi za najpiękniejszą. Dwugodzinny spacer do schroniska na Hali Ornakowej to prawdziwa uczta dla oczu - krajobraz co chwilę się zmienia, raz wędruje się przez gęsty las, innym razem brzegiem lśniącego w słońcu potoku, to znowu wychodzi na rozległą halę. Znowu zgrabniej oddał to poeta, Adam Asnyk:

      Za każdym drogi zakrętem
      Cały krajobraz się zmienia;
      Jakby w królestwie zaklętem
      W głaz zamienione marzenia,
      Dziwaczne fantazji gmachy
      Z wejrzeniem coraz to nowem,
      Wiszące ściany i dachy
      Tłoczą się ponad parowem
      Lub uciekają w lazury,
      Ręką marznącej natury
      Wypchnięte z zieleni ogniska –
      To Kościeliska 

      Zimowa wycieczka doliną nie nastręcza żadnych trudności, ponieważ szlak jest dobrze przetarty, a nawet przejezdny - do schroniska na Hali Ornak kursują samochody z zaopatrzeniem, droga jest więc dobrze ubita.


      Szlak jest prawie pusty, choć po południu będą nim już wędrowały tłumy. Na szczęście rano, mimo pięknej pogody, mijamy zaledwie kilka osób. Za to w potoku Kościeliskim panuje spory ruch - zimę spędzają tu pluszcze, urocze ptaki, które biegają po kamieniach pod wodą w górskich potokach, wygrzebując sobie spod nich pokarm. Nie mieliśmy cierpliwości i nastroju do fotografowania ich, ale z przyjemnością je obserwowaliśmy.

      Do schroniska idzie się spacerem jakieś dwie godziny. W lecie można zboczyć do jednej z czterech jaskiń, które są udostępnione do zwiedzania (w całej dolinie jest ich dużo więcej, aż 450!), albo na Polanę na Stołach, skąd roztacza się piękny widok na Czerwone Wierchy. Warto też zboczyć i przejść jednokierunkową trasą przez Wąwóz Kraków. Niestety, zimą te szlaki są oblodzone, zaśnieżone i generalnie niebezpieczne, wędrowanie doliną jest jednak bardzo przyjemne. Warto zwrócić uwagę na rozbudzające wyobraźnię nazwy - Zbójecki Stół, Zbójeckie Turnie. W końcu mieszkał tu kiedyś prawdziwy Janosik.

      Na Hali Ornak zaspy śniegu i słońce. Koniecznie trzeba zjeść szarlotkę, która smakuje naprawdę wybornie. W schronisku jest ciepło i przytulnie, chętnie zostalibyśmy tam na noc.

      Po polanie za schroniskiem aż szkoda chodzić, śnieg jest tak nieskazitelny.

      W drodze powrotnej mijamy już spore grupy - słoneczna pogoda przyciąga wielu turystów. Dolina nadal wydaje się jednak tchnąć spokojem, zaś wysokie skały onieśmielają. Chętnie wrócimy tu wiosną lub jesienią, by zapuścić się gdzieś dalej.



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      padma
      Czas publikacji:
      środa, 25 lutego 2015 21:12